Festiwal ISAO. Marek Koterski i Małgorzata Bogdańska w Turynie

Coraz większymi krokami zbliża się wielkie włosko-polskie wydarzenie kulturalne. Mowa o XXV edycji festiwalu ISAO, który rozpocznie się już 22 września. Imprezę organizuje stowarzyszenie Il Mutamento Zona Castalia, a jej dyrektorem artystycznym jest Giordano V. Amato. W ramach festiwalu zaplanowano retrospektywę filmów Marka Koterskiego oraz włoską premierę monodramu Małgorzaty Bogdańskiej Nie lubię pana, Panie Fellini, o którym już kiedyś pisałyśmy (tutaj). Z tej okazji postanowiłyśmy przeprowadzić wywiad z Małgorzatą (Mau) Kościańską, tłumaczką (i nie tylko!) współpracującą z Markiem Koterskim i Małgorzatą Bogdańską oraz właścicielką firmy Girotondo di parole.

Katalog XXV edycji festiwalu ISAO z Małgorzatą Bogdańską na okładce

Mau, jak zaczęła się Twoja współpraca z Markiem Koterskim i Małgorzatą Bogdańską?

W zeszłym roku, w sierpniu, zadzwoniła do mnie Małgosia Bogdańska, która od dwóch lat uczyła się włoskiego i szukała lektora. Zaczęła się uczyć tego języka, kiedy Marek Koterski napisał monodram Nie lubię pana, Panie Fellini. Masina od zawsze była ulubioną aktorką Małgosi, podziwiała ją w La stradzie jeszcze na studiach w filmówce. Pojechali też z Markiem Koterskim na wycieczkę szlakiem Giuletty i Federika.

Na początku naszej współpracy nie było mowy o tłumaczeniu, występie w Turynie czy retrospektywie. Małgosia przychodziła do mnie po prostu na lekcje. W czasie jednej z nich dowiedziałam się o monodramie i w październiku poszłam na niego po raz pierwszy. Zrobił na mnie duże wrażenie i zachęcił do ponownego obejrzenia i przestudiowania filmów Felliniego. Dzięki Małgosi, z którą zresztą szybko się zaprzyjaźniłam, uważniej przyjrzałam się też twórczości Marka Koterskiego.

Gdzieś na przełomie grudnia i stycznia Małgosia zaczęła mi wspominać, że koresponduje z Beatą Dudek, polską aktorką mieszkającą w Turynie. Beata Dudek i Davide Capostagno tworzą polsko-włoski duet Mangrova Teatro, wystawiali też spektakle w Polsce, między innymi w Teatrze Śląskim, a ostatnio w warszawskiej Dzikiej Stronie Wisły [pisałyśmy już o nich tutaj]. Idea ich teatru jest bardzo zbliżona do teatru Małgosi, bardzo im się spodobał projekt Teatr w walizce, w ramach którego wystawiane jest Nie lubię pana, Panie Fellini. Pod koniec stycznia przyjechali do Warszawy na spotkanie z Małgosią Bogdańską i Markiem Koterskim i wtedy właśnie narodził się pomysł wystawienia monodramu w Turynie. Zagranie na włoskiej scenie było wielkim marzeniem Małgosi.

Małgorzata Bogdańska, Marek Koterski i Teatr Mangrova (Irena Świtalska, Beata Dudek i Davide Capostagno)

Z czasem się okazało, że możliwe będzie także zorganizowanie retrospektywy filmów Marka Koterskiego. Udało się zaangażować w to Muzeum Kina, które od zeszłego roku współpracuje z Festiwalem ISAO w Turynie, i podlegające pod to muzeum Cinema Massimo. Wtedy już było wiadomo, że przetłumaczę monodram i jeden z filmów Koterskiego – Życie wewnętrzne. Dzień świra i Wszyscy jesteśmy Chrystusami zostały już przełożone, natomiast Nic śmiesznego przetłumaczyli Beata i Davide. Siedzę w tym projekcie od lutego. W marcu zaczęłyśmy próby czytane i nagrywane, bo Małgosia zdecydowała się zagrać scenki, które są cytatami z filmów Felliniego, po włosku. Bawimy się tym trochę, wrzucamy do sieci filmiki, ale to też praca na pełny etat.

Jaka jest właściwie Twoja rola w projekcie Teatr w walizce? Tłumaczka, lektorka, a może menedżerka?

Menedżer to zdecydowanie za duże słowo. Zdarza się, że Małgosia pyta mnie o rady, nie jest apodyktyczna. Czasem podsuwam jej recenzje spektaklu, tłumaczę je i wysyłam do Turynu. Jestem też trenerką językową, która ją przygotowuje do tego występu, ale współpracujemy na zasadzie partnerstwa. Taki projekt bardzo spaja, my wisimy non stop na telefonach. Na liście osób, do których najczęściej dzwonię, Małgosia Bogdańska jest na pierwszym miejscu, nawet przed moją mamą.

Pomagam też trochę w promocji monodramu i festiwalu. Próbujemy z Małgosią zainteresować tym media i różne instytucje. Zajęłam się na przykład promocją monodramu  na Uniwersytecie Bolońskim, a dokładniej wśród ludzi skupionych wokół kierunku Erasmus Mundus Culture letterarie europee (Kultury literackie Europy), który ukończyłam. Kierowniczka moich studiów bardzo się zainteresowała tym tematem i właściwie pozostaje do ustalenia tylko data premiery sztuki w Bolonii.

Małgorzata (Mau) Kościańska z Małgorzatą Bogdańską

Jak myślisz, dlaczego ten pomysł tak się spodobał Włochom?

Bardzo zafascynowała ich sama idea Teatru w walizce, to, że można wziąć rekwizyty i zagrać wszędzie. Oczywiście cieszą się też, że polscy artyści stworzyli spektakl o Giulietcie i Fellinim, że w ogóle wiedzą, kim oni byli. Choć warto podkreślić, że ten tekst został napisany przez Marka Koterskiego na podstawie biografii Masiny, ale jest to też jego osobista wizja jej życia przy Fellinim, nie bardzo zresztą kolorowa.

To Twoje pierwsze doświadczenie z tłumaczeniem na scenę, prawda? Czym ono różni się na przykład od przekładu innych gatunków tekstu literackiego?

Tak, nigdy wcześniej nie tłumaczyłam żadnej sztuki. Tekst nie jest trudny w warstwie językowej, ale problem stanowi fakt, że uwaga widza, jeśli ten chce czytać napisy, jest podzielona: albo śledzi tekst, albo patrzy na aktorkę, a to bardzo emocjonalny spektakl. Moim celem było właśnie oddanie tych emocji, Małgosia gra całą sobą, starałam się więc tak przetłumaczyć całość, aby wyrażane przez nią uczucia dotarły do włoskiej publiczności.

Na przełożenie tego spektaklu miałam na szczęście dużo czasu. Zabrałam się do pracy w lutym, trochę przetłumaczyłam, trochę zostawiłam, tak samo zrobiłam w marcu i w kwietniu. Wróciłam do tego na początku maja. Dobrze jest odłożyć taki przekład na chwilę, po jakimś czasie patrzy się na niego świeższym okiem. Czeka mnie właśnie kolejny powrót, bo tłumaczenie leży od maja i dawno do niego nie zaglądałam. Muszę jeszcze raz je przejrzeć przed Turynem. Zawsze można coś ulepszyć, bo nie ma jednego słusznego przekładu.

Jak mówiłam, w tym przypadku warstwa językowa nie była trudna. Za to Życie wewnętrzne – to jest hardcore! Marek Koterski ma swój język. Życie wewnętrzne nie jest aż tak trudne jak Dzień świra, swoją drogą jestem bardzo ciekawa, jak został przetłumaczony, zwłaszcza że to trzynastozgłoskowiec.

Zapowiedź seansu Dnia świra po włosku

Jak myślisz, jak Włosi zareagują na filmy Koterskiego? To jednak obrazy silnie osadzone w polskim kontekście, a współczesne polskie kino nie jest popularne we Włoszech.

Małgosia, wybierając opisy filmów na retrospektywę w Turynie, kierowała się uniwersalnością tego, co Marek Koterski próbuje pokazać jako reżyser. Na przykład Życie wewnętrzne to historia o traumie w rodzinie, akcja może dziać się wszędzie. Wszędzie istnieją rodziny, których członkowie się wzajemnie niszczą, nie potrafią ze sobą rozmawiać, prędzej dogadają się z obcymi.

Mam świadomość, że Polacy i Włosi mają inne poczucie humoru, ale liczę, że tłumaczenia przybliżą i pomogą zrozumieć te filmy. To kino nie jest łatwe. Na przykład wątek pijaństwa we Wszyscy jesteśmy Chrystusami może wstrząsnąć włoską publicznością, ponieważ jest tam zupełnie inna kultura picia. Myślę, że będą pytać o to na spotkaniu z reżyserem, które odbędzie się po projekcji filmu w Cinema Massimo. Będę je tłumaczyć. Dlatego tak ważne są tłumaczenia, tłumacz jest głosem artysty, a złe tłumaczenie to źle odebrany artysta. Wracając do Życia wewnętrznego, to mam nadzieję, ze właściwe fragmenty filmu wywołają uśmiech u włoskiej publiczności, a inne spowodują wstrzymanie oddechu.

Zapowiedź Życia wewnętrznego po włosku

Marek Koterski napisał monodram bardziej zainspirowany postacią Giuletty czy swojej żony?

Napisał go dla żony, to był prezent. Nie lubię pana, Panie Fellini powstało z miłości. Małgosia uwielbia Masinę, można też dostrzec między tymi aktorkami pewne podobieństwo, nawet fizyczne. Przygotowania do spektaklu, w tym czytanie materiałów biograficznych, zajęły duetowi około roku. To jest drugi monodram zrealizowany przez Teatr w walizce. Pierwszym była Moja droga B. na podstawie tekstu Krystyny Jandy. To zresztą jedyna sztuka, którą Marek Koterski reżyseruje, a nie jest jej autorem.

A jak wyglądają lekcje włoskiego z aktorką?

Teraz jesteśmy skupione tylko na monodramie. Ja siedzę i słucham, a Małgosia po prostu gra, stepuje, musi skojarzyć ruchy ze słowami. Ale na początku, jak miałyśmy zwykłe lekcje, to wydawało mi się czasem, że przez mieszkanie przeszedł tajfun, bo to niesamowicie energiczna osoba. W poprzednim wcieleniu musiała być Włoszką. Pamiętam, że jak odgrywałyśmy dialog z pytaniem o drogę, to myślałam, że spadnę z krzesła. Nie wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji, więc powiedziała do mnie: „Aspetta, aspetta…viene, viene…” („Proszę poczekać, proszę poczekać… proszę podejść, proszę podejść”), a potem wydarła się, udając, że woła koleżankę: „Mariaaaaaaaaaa!” Na tych scenkach boki rwałam.

A teraz skupiłyście się na teatrze?

Tak, nagrałyśmy nawet w Teatrze Druga Strefa trailer do spektaklu po włosku. W ogóle Małgosia wciągnęła mnie w ten świat i teraz dużo częściej chodzę do teatru.  Tak świetnie potrafi oddać emocje… Jak pierwszy raz widziałam oba jej monodramy… nie jestem osobą, która się aż tak łatwo wzrusza, ale się wzruszyłam. A ludzie płakali… Dziewczyny chlipią w chusteczki na Giulietcie, bo to jest trochę o każdej z nas.

Małgosia czytała Twoje tłumaczenie Nie lubię pana, Panie Fellini? Miała jakieś uwagi?

Przeglądała. Mówi, że kiedyś usiądzie i przeczyta. Ale raduje ją świadomość, że to będzie po włosku, bo ten język stał się jej bardzo bliski. Bardziej była ciekawa niż miała uwagi, pytała dlaczego użyłam jakiegoś słowa. Sama bardzo przejęłam się tym przekładami monodramu i filmu, dałam oba do przeczytania zaprzyjaźnionemu Włochowi poloniście.

A jak przyjęto spektakl z napisami po włosku w Warszawie? Były jakieś reakcje?

Bardzo pozytywne reakcje. W ogóle Włosi, którzy już widzieli monodram w Warszawie,  chcą przyjechać do Turynu, by ponownie obejrzeć spektakl. Dla nas bardzo ważne są teraz reakcje Włochów. Podobał im się fakt, że można grać bez wielkich rekwizytów i dekoracji.

Plakaty monodramu – wersja polska i włoska. Autor: Przemek Drozd

A z czego wynika idea grania Nie lubię pana, Panie Fellini tylko w kameralnych miejscach?

Małgosia woli kameralność, a samo założenie Teatru w walizce jest takie, żeby móc zagrać wszędzie. Niedawno na przykład Małgosia grała w ośrodku Monaru pod Warszawą. Monodram wystawiano też w poprawczaku, w domu opieki… W Turynie spektakl będzie na 100 osób, bo tylu widzów mieści się w teatrze na byłym cmentarzu, czyli San Pietro in Vincoli, Zona Teatro. Dla Małgosi widz jest najważniejszy, wiec wybiera mniejsze sale, chce mieć dobry kontakt z publicznością. Nie wiem, czy tak emocjonalny monodram dobrze by się oglądało w 300 osób, myślę, że 100 osób to maksimum. Aktorka zajmuje nas swoją osobą i swoja żywiołowością przez 70 minut. Dużo poświęciła dla roli Masiny, chodzi na stepowanie, na włoski i na trąbkę. Potrafi porwać widza.

Co z programu festiwalu polecasz poza spektaklem Signor Fellini…?

Polecam przede wszystkim otwierający spektakl Svalbard, przygotowany przez organizatorów festiwalu, teatr Il Mutamento. Polecam też Teatr Mangrova, który dwa razy, po polsku i po włosku, wystawi przedstawienie na podstawie sztuki Witkacego. 23-go września odbędzie się spotkanie z Petrem Zelenką po projekcji filmu Bracia Karamazow.

Jakie są dalsze plany Teatru w walizce?

Po Turynie czeka nas spektakl w Bolonii. Może uda się to zagrać w październiku, bo 31-go jest rocznica śmierci Felliniego, ale nie mamy jeszcze potwierdzonej daty. Jest też propozycja od centrum kultury Der Mast z Brescii.  Warszawskich widzów na pewno możemy zaprosić 26-go października o 20 na Nie lubię pana… w Teatrze Druga Strefa.

Na koniec chciałabym podpytać Cię o Twoje tłumaczenia, zwłaszcza tłumaczenie Życia wewnętrznego. Z czego jesteś dumna, a co było najtrudniejsze? Czy jakieś wyrażenia uznałabyś za nieprzetłumaczalne?

Cieszę się, że w ogóle się udało! Chcę być na projekcji i posłuchać, co mówią Włosi, dla mnie liczy się odbiór. Mam świadomość, że nie byłam w stanie wiernie oddać wszystkiego, czasem musiałam na przykład użyć mniej potocznego języka. Czuje się odpowiedzialna za ten przekład i za oddanie języka Koterskiego. Mam nadzieję, że będą jakieś salwy śmiechu, choć, jak już wspomniałam, pewne rzeczy musiałam poświęcić na rzecz klarowności tekstu.

Największy problem miałam z fragmentem, w którym Miauczyński rozmawia z dziennikarzem, i mówi mu, że te rzeczy „i tak nie znajdą drogi do pańskiego łba”. Tamten odpowiada „łeb to ma pański pies”. Myślałam o testa di cazzo, zakuty łeb, ale do psa już to nie pasuje. Nie może być muso, („pysk”), bo nie myśli się pyskiem. Przez długi czas byłam zdecydowana użyć najprostszego słowa testa, dopiero ostatnio zdecydowałam się na zgrubienie il testone.

Miałam też problem ze słowem niemiaszka, przetłumaczyłam je w końcu jako crucco (obraźliwe określenie Niemca po włosku). Problem sprawiły mi też onomatopeje, zwłaszcza dźwięk wydawany przez dzięcioła, więc wypytałam wszystkich znajomych Włochów, jak w ich języku robi dzięcioł. W końcu Salvatore, mój znajomy, podsunął mi kreskówkę z dzieciństwa, w której dzięcioł robił „tiktiti ” i uznałam, że to pasuje. Chciałabym dodać, że niezmiernie cieszy mnie, że udział tłumacza nie jest w tym projekcie pomijany, bo my tłumacze musimy się ciągle upominać o uwzględnienie naszego nazwiska czy to w książkach, czy w recenzjach, czy w materiałach promocyjnych.

Mau, bardzo Ci dziękuję za rozmowę i powodzenia! Trzymamy kciuki za sukces w Turynie.

I ja Wam serdecznie dziękuję za wywiad i wsparcie naszego projektu. Jesteście super! Oczywiście jeszcze raz serdecznie zapraszam wszystkich na spektakl i festiwal, a dla tych, którzy nie mogą być z nami w Turynie, będziemy wstawiać relację, także śledźcie stronę Teatru w walize i Girotondo di parole.

Małgorzata (Mau) Kościańska we własnej osobie, autor zdjęcia: Artur Ro

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.