W czepku urodzony. Wywiad z Antoniem Padovanem, reżyserem „Ostatniego prosecco hrabiego Ancillotto”

Antonio Padovan – 32-letni reżyser, scenarzysta, pisarz urodzony w Conegliano, włoskim miasteczku utrwalonym na renesansowych płótnach mistrza Cimy. Od 10 lat mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Kończąc szkołę designu w Padwie, rozesłał zapytania w sprawie pracy. Jedyna odpowiedź nadeszła ze studia architektury Bam Design w Soho, gdzie jako 22-latek wyjechał na staż. Ten przerodził się w kontrakt, a wygrana w konkursie na krótki metraż przyniosła stypendium w New York Film Academy. Pierwszą fabułą Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto reżyser spłaca dług swej małej ojczyźnie, Conegliano i regionowi – Wenecji Euganejskiej (Veneto).

Byłeś gościem warszawskiej projekcji twego filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto podczas festiwalu „Cinema Italia Oggi”. Opowiadałeś o włoskich realiach: „imporcie nóg”, tj. piłkarzy i „eksporcie mózgów”, a więc i twórców. W Stanach kręcą: Virzì, Genovese czy Sorrentino. Niewiele starszy od Ciebie Andrea Pallaoro, kalifornijczyk z Trydentu, zrealizował nagrodzony w Wenecji film w… Belgii, po francusku. Jak to się stało, że mieszkając i pracując w Nowym Yorku, postanowiłeś wrócić z debiutem do Włoch, do regionu Wenecja Euganejska i Twego Conegliano?

Zależało mi na tym, by pierwszy film był bardzo osobisty. Miałem możliwość nakręcenia debiutu w Anglii, po angielsku, ale podczas przygotowań pojawiła się okazja sfilmowania tej właśnie historii, która rozgrywa się na wzgórzach Veneto, gdzie się urodziłem i które opuściłem dziesięć lat temu, przenosząc się do Nowego Jorku. Tęsknota za domem była zbyt silna i zdecydowałem się wrócić. Nie jest powiedziane, że w przyszłości nie nakręcę filmu za granicą, mam wręcz taką nadzieję, ale teraz cieszę się, że debiut powstał „w domu”, w okolicy, która zachowała niemal dziewiczą świeżość. Nie była filmowym bohaterem, niemal debiutuje na ekranie.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Przyznajesz się otwarcie, że film jest hołdem złożonym Twej ziemi. Co jest w niej takiego, czego Ci brakuje w Nowym Jorku? Co dał Ci region Veneto?

W niektórych zakątkach, choć stanowią one już rzadkość, czas jakby się zatrzymał, ludzie nie biegną, żyją wolniej. W filmie chciałem uchwycić tę właśnie jakość, podejście do życia, które ma swój walor, choć zapatrzeni w inne priorytety na co dzień o tym zapominamy. W Nowym Jorku czas to pieniądz. W dzisiejszym Veneto natomiast tym pieniądzem jest wino, które potrzebuje czasu. To, ma się rozumieć, dwie odmienne rzeczywistości.

Urodziłeś się w Conegliano, podobnie jak wielki malarz renesansowy Cima da Conegliano. Dorastałeś wśród jego obrazów, wszechobecnych w kościołach i muzeach. Czy filmując wzgórza Conegliano i Valdobbiadene, miałeś pod powiekami jakieś jego pejzaże, które w malarstwie weneckim zazwyczaj towarzyszą figurom świętych?

Jeśli chodzi o Cimę, to od zawsze fascynowało mnie to, jak potrafi oddać piękno pejzażu, tła, czyli współbohatera jego płócien. Może dlatego, że w pewnym sensie pejzaże te mam zapisane w moim DNA. W kinie przychodzi mi na myśl Woody Allen, choć jest przecież wielu filmowców, dla których miejsce akcji jest jednym z najważniejszych bohaterów. Również dla mnie jest ono nierozerwalnie związane z kompozycją każdego kadru, sceną filmu. Scenograf Massimo Pauletto podobnie jak ja wychował się w tej okolicy. Gdy szukaliśmy lokacji do filmu, często zerkaliśmy na siebie, mówiąc: „Jeśli tu ustawimy kamerę, kadr będzie przypominał jeden z obrazów Cimy”. Nie wiem, ile z tej aury de facto zdołałem przetłumaczyć na język ekranu, ale z pewnością miało to wpływ na podejmowane wybory.

Cima da Conegliano, Madonna z Dzieciątkiem ze św. Hieronimem i św. Ludwikiem z Tuluzy

Moim zdaniem filmem tym wypowiadasz wielką wojnę Wenecji Euganejskiej przeciwko Prowansji i Toskanii. Lawrence Durrell w swej książce o Prowansji napisał, że jest ona raczej ideą niż regionem geograficznym. Co więcej, uwiecznioną w wielu filmach, jak choćby Dobry rok z Russelem Crowem. To samo można powiedzieć o Toskanii, cytując choćby tytuł Pod słońcem Toskanii z Diane Lane i ciekawym polskim epizodem. Energia filmów krąży wokół wina, dobrej kuchni, dolce far niente i podstawowych walorów życia. Idziesz na tę wojnę?

Ach, absolutnie nie! Gdy przeczytałem powieść Fulvia Evrasa, zafascynował mnie fakt, że to kryminał. Krajobrazy winnic są zwykle pretekstem do nakręcenia kolejnej komedii romantycznej, mnie natomiast intrygowała możliwość eksploracji tego terytorium i jego wewnętrznych sprzeczności poprzez formę kryminału, włoskiego „giallo”. Moim celem nie było stworzenie „pocztówki”, spotu reklamowego. Chciałem, by był to szczery list miłosny na cześć krainy, z której pochodzę, a szczerość ta miała polegać na ukazaniu nie tylko zalet, ale i wad miejsca, które obfituje w piękno, a bywa często wykorzystywane, wręcz wyzyskiwane, bezlitośnie traktowane przez samych mieszkańców.

Jak ważne jest prosecco, które – jak mówią – płynie w żyłach regionu? Nawiasem mówiąc, ma kolor wczesnego letniego poranka w tym regionie. Czy jest kluczem, podobnie jak Rodan dla Prowansji?

W ostatniej dekadzie biznes związany z prosecco zmienił ten region również geograficznie. Przede wszystkim obszar okolic Treviso, gdzie rozgrywa się film i gdzie znajduje się tradycyjna strefa upraw, od 2008 roku przeżywa niebywały boom, z dwucyfrowym wzrostem sprzedaży co roku. Na tych terenach, które stają się coraz bardziej postindustrialne, prosecco jest dziś bez wątpienia nową żyłą złota.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Twoja komedia kryminalna zyskała miano „eko”, ponieważ traktuje o problemach ekologicznych tej ziemi. Jakie to problemy?

W opinii ogółu powszechne stają się obawy związane z tworzącą się błyskawicznie monokulturą. Brak perspektywicznego myślenia, jakim cechuje się współczesne podejście do wzrostu upraw, jest i będzie jednym z podstawowych problemów, jakim będziemy musieli stawić czoła. Coraz więcej osób ma obawy związane z fitofarmaceutykami i pestycydami. Boją się o zdrowie własne i dzieci. Ilość produkowanego prosecco biologico, szczęśliwie najbardziej poszukiwanego, jest wciąż śmieszna w porównaniu ze sprzedażą całkowitą. Pamiętam zdanie Fulvia Ervasa, autora książki, które mnie uderzyło. Gdy rozmawialiśmy o tych, którzy pasożytują na własnej ziemi, powiedział: „Tylko szaleniec dziurawi łódź, którą płynie przez życie”.

Ziemia, po której stąpamy, to nasz podstawowy środek lokomocji, przy jego pomocy przemieszczamy się w przestrzeni życia, żyjemy na niej, pijemy wodę z jej źródeł i oddychamy powietrzem wokół. Dlatego winniśmy traktować ją z należytym szacunkiem. Na szczęście w ostatnich latach pojawiają się tutaj prawdziwi specjaliści, którzy uprawiają winną latorośl podobnie jak hrabia Desiderio Ancillotto, bohater mego filmu. Solennie wierzy w maksymę „lepiej mniej, ale lepszej jakości”, świadomy, że nie wolno wymagać od ziemi więcej, niż jest w stanie dać. Ci nowi producenci personifikują dziś tradycję własnych dziadków i ich nadzieję na szczodre jutro. Co więcej, robią lepsze wino, wystarczy go trochę poszukać.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Wspominałeś już o książce Fulvia Ervasa Finché c’è prosecco c’è speranza [Dopóki jest prosecco, jest nadzieja]. Jak trafiła w Twoje ręce?

W czasie przygotowań do filmu, o którym już wspominałem, często przylatywałem z Nowego Jorku do Anglii. Zawsze przed powrotem wpadałem na kilka dni do Włoch, by spędzić czas z moją rodziną. Pewnego razu siostra poleciła mi, bym kupił sobie książkę Fulvia. Gdy wychodziłem z księgarni, wpadłem na koleżankę, która widząc okładkę powiedziała mi, że autor ma być właśnie gościem miejscowego klubu czytelników. Przeczytałem książkę i bardzo mi się spodobała, więc poszedłem na to spotkanie, a gdy dobiegało końca, podniosłem rękę i spytałem Ervasa, czy zechce napisać ze mną scenariusz do filmu. Od razu odpowiedział „tak”, choć przyznałem, że na tę chwilę nie mam pieniędzy, producenta, obsady, które szczęśliwie z czasem się pojawiły.

Czy spersonalizowałeś trochę scenariusz, biorąc pod uwagę, że to historia Twych okolic?

W pracy nad scenariuszem, oprócz autora książki, udział wziął również Marco Pettenello, scenarzysta niektórych moich ulubionych filmów włoskich. Paradoksalnie największych zmian względem książki chciał dokonać Fulvio! Jeśli chodzi o mój wkład, to były drobiazgi z osobistej historii Stucky’ego, na przykład jego kurtka należąca do mego ojca. Największych zmian dokonałem już podczas zdjęć. Zmieniłem usytuowanie posiadłości hrabiego Ancillotto. W książce to Cison di Valmarino, piękne, niezwykle charakterystyczne miasteczko, ale pozbawione winnic. Biorąc pod uwagę oczekiwania widzów, pomyślałem o konieczności przedstawienia ścisłej wizualnej więzi między domem a winnicą. Znaleźliśmy przepiękną willę w stylu weneckim, niemalże zupełnie opuszczoną, otoczoną przez winnice, która stała się naszym epicentrum. Aby nikogo nie urazić, wymyśliliśmy nazwę miejscowości Col San Giusto, która w filmie jest kolażem, zbitką kilku charakterystycznych miejscowości w strefie prosecco – między Conegliano a Valdobbiadene.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Pokazałeś bezsprzeczną urodę tych okolic. Jeśli ktoś z widzów zapragnie ruszyć w podróż śladami filmu, gdzie ma się udać? Gdzie dokładnie kręcono film?

Jest kilka scen w Wenecji, posterunek i dom Stucky’ego są w Treviso, bardzo ładnym średniowiecznym mieście, stolicy regionu, gdzie znajdują się wzgórza prosecco. Plan zdjęciowy miał miejsce w pasmie wzgórz od Conegliano po Valdobbiadene, na obszarze około 30 kilometrów usianych winnicami. Ładnym miejscem do odwiedzenia, któremu poświęciłem odrębną scenę, jest Osteria senza Oste, Gospoda bez Gospodarza. To małe domostwo wśród winorośli, gdzie nie brak świeżego chleba, kiełbasy, sera i prosecco. Nikt tam nie gospodarzy: można wziąć to, na co się ma ochotę i tyle, ile uważa się za stosowne, zostawia się w skarbonce.

Za zdjęcia odpowiada Massimo Moschin, którego nazwisko też ma końcówkę typową dla Veneto. Porozumienie bez słów?

W rzeczywistości na początku tylko się sprzeczaliśmy! Dla Maksa, podobnie jak dla mnie, był to debiut fabularny. Pierwsze dni zdjęciowe obfitowały w dyskusje. Z czasem osiągnęliśmy rodzaj alchemii i ostatnie ujęcia toczyły się same w całkowitej zgodzie. Jestem niebywale dumny z niego i pracy, którą wykonał. Pierwszą nagrodą, jaką otrzymał film, była nagroda za zdjęcia na Festiwalu w Cape Town. Zdjęcia, obok filmu i scenariusza, otrzymały też nominację do Złotych Globów.

W obsadzie świetny Rade Serbedzija w roli hrabiego Ancillotto, sympatyczna Silvia D’Amico jako jego przyjaciółka, którą ostatnio widzieliśmy w The Place. Dlaczego wybrałeś właśnie ich?

Chciałem, by Rade zagrał tytułową postać, ponieważ Ancillotto jest emocjonalnym centrum filmu i najzwyczajniej potrzebowałem aktora, który ma taką charyzmę, by zaskarbić sobie publiczność w dziesięć pierwszych minut projekcji i pozostać w ich świadomości, choć brak go na ekranie. Rade, oprócz doświadczenia i talentu czystego jak kryształ, ma jedyny w swym rodzaju magnetyzm. Prowadzić go jako aktora to był dla mnie przywilej.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Silvię widziałem w Nie bądź złym i Jak dotąd wszystko dobrze, uderzyły mnie jej talent i uroda. Ze scenariusza wynikało, że Francesca ma być fascynująca, ale czułem, że podstawową cechą tej postaci jest melancholia. Silvia, oprócz tego, że rozkochała w sobie pół planu, włączając mnie samego, zdołała przekazać oczyma Franceski to, o co mi chodziło: siłę i kruchość. Jest jedną z moich ulubionych bohaterów tego filmu.

Domyślam się, że chciałeś pracować z gwiazdorem włoskiego kina, Giuseppem Battistonem, również dlatego, że urodził się w Udine i kocha kryminały.

Dałbym Battistonowi każdą rolę, nawet rolę Sylwii, jeśli chciałby ją zagrać! Szczęśliwie jako wielbiciel kryminałów (podobnie jak ja) przyjął pomysł zagrania inspektora Stucky’ego z entuzjazmem. Wybór ten okazał się niezwykle trafny. Giuseppe powołał do życia zupełnie nowy dla kina włoskiego typ inspektora. Typ antybohatera, który przy pomocy intuicji bez broni rozwiązuje trudną sprawę, świetnie wykonując swoją pracę. Battiston nadał swej postaci głęboki wymiar ludzki, jak dla mnie zrobił to bezbłędnie.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

W pewnych aspektach przypomina legendarnego porucznika Colombo Petera Falka. Miałeś go na myśli? Detektywem wszech czasów pozostaje Jack Nicholson w Chinatown, nie sądzisz?

Dwaj wspaniali inspektorzy! Dorastałem z Colombo. Film Polańskiego to moim zdaniem noir wszech czasów. Battiston czyta też audiobooki Georgesa Simenona, dlatego znakomicie zna realia detektywistycznego rzemiosła . Mimo to mieliśmy z Giuseppem rzadką okazję, by stworzyć postać inspektora od nowa, starając się nie upodabniać jej zanadto do sławnych kolegów po fachu.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Film jest również hołdem dla kina włoskiego i wielkiego reżysera Pietra Germiego. Dlaczego lubisz szczególnie tytuł Panie i panowie? Uważam za genialny Rozwód po włosku. W Warszawie opowiadałeś o scenie z gołębiami, którą chciałeś upamiętnić reżysera. Dlaczego wybrałeś ten cytat z jego filmu? Czy dlatego, że nie ma ich już nawet na Placu Św. Marka? Jakie trudności napotkałeś, starając się ją odtworzyć?

Ja też kocham Rozwód po włosku, Uwiedzioną i porzuconą czy Człowieka ze słomy. Jak wielu mieszkańców okolic Treviso jestem przywiązany do Pań i panów po pierwsze dlatego, że to najważniejszy film kręcony w bezpośrednim sąsiedztwie. Po drugie – to po prostu cudowny film. Nie zapomnę nigdy Gastona Moschina, który niestety zmarł niedługo przed premierą, w roli strzelca alpejskiego upojonego alkoholem podczas miłosnej eskapady.

Chwila, gdy w filmie pierwszy raz widać Treviso, miała być bezpośrednim hołdem dla Germiego. Chciałem odtworzyć ujęcie , jakim zaczyna się film Panie i panowie, a więc widok na Piazza dei Signori pełen gołębi, które wznoszą się do lotu, a oko kamery obserwuje je, kierując się na górującą nad placem Torre Civica, czyli Wieżę Miejską. Niestety były burmistrz Treviso parę lat temu pozbył się gołębi, dziś praktycznie w mieście nieobecnych.

Udało nam się znaleźć hodowcę z Reggio Emilia, który posiadał dwie klatki z gołębiami pocztowymi. Problem z ptakami tego rodzaju polega na tym, że wypuszczone z klatki momentalnie kierują się w stronę domu, w tym przypadku do Reggio Emilia, jakby miały wbudowany GPS. Na szczęście wymyśliłem, aby zrobić dwa ujęcia, z 12 gołębiami każde, zamiast jednego z 24 – tak by na wszelki wypadek mieć drugą szansę. Faktycznie za pierwszym razem ustawiliśmy kamerę i klatkę tuż za nią, aby gołębie, wylatując z niej, „weszły” w kadr. Problem w tym, że gdy krzyknąłem „akcja”, wyleciały z klatki w przeciwnym kierunku, za nasze plecy, kierując się bezpośrednio na Reggio… Przy drugiej próbie się udało. Tym razem ustawiliśmy kamerę pomiędzy klatką a Reggio Emilia. W filmie widać 12 heroicznych ptaków, które sprawiły, że mój mały hołd dla filmu Panie i panowie Germiego stał się faktem.

Scena rozpoczynająca film „Panie i Panowie”  P. Germiego

Gdy oglądałam Twój amerykański krótki metraż Jack Attack, w ujęciu jesiennych liści dostrzegłam hołd złożony Bertolucciemu i jego Konformiście. Wykorzystujesz słodki ciężar filmowej tradycji Włoch. Jacy reżyserzy uformowali Cię jako reżysera?

Jeśli to hołd dla Bertolucciego, to tym razem podświadomy. Z pewnością jego kino, ruchy kamery stanowią część mojego imaginarium, są wśród cegiełek, które składają się na moją ideę kina, indywidualny gust. Z racji tego, jak potoczyło się moje życie, noszę w sobie zarówno kino włoskie, jak i to amerykańskie i – jak się wydaje – „świadome” wpływy ulegają ciągłej ewolucji. Jeśli miałbym wymienić sześć nazwisk, które przychodzą mi na myśl, to będą to: Billy Wilder, Pietro Germi, Steven Spielberg, Carlo Mazzacurati, Woody Allen i Vittorio De Sica… Ale ile nazwisk pozostało poza listą! Jeśli zaś chodzi o aktorów, wybór jest prostszy: Alberto Sordi!

Choć Twój film to komedia kryminalna, jest w nim nuta lokalnego patriotyzmu, miłości do małej ojczyzny. Na polskie ekrany wszedł niedawno włoski film Made in Italy, który stara się przekazać tę ideę. Tobie udaje się bez zbędnych deklaracji. Jesteś lokalnym patriotą?

W filmach Mazzacuratiego podobało mi się szczere uczucie względem prowincji i zwyczajnych ludzi, codziennych spraw. Bardzo je lubiłem, ponieważ miłość ta nigdy nie zamieniała się w patriotyzm. Słowo „patriota” nigdy mi się nie podobało, uważam patriotyzm za uczucie tyleż szlachetne, co niebezpieczne, podatne na manipulację i wykorzystanie. Nie uważam się za patriotę, wolę myśleć o sobie jako o dumnym ziemianinie.

Wzgórza w okolicy Treviso

Również Twoje książki, od Gli occhi di santa Lucia. Gioielli del mare di Cavallino-Treporti [Oczy Św. Lucii. Morskie skarby Cavallino-Treporti] po Una stagione straordinaria con Antonio Padovan [Wyjątkowy sezon], koncentrują się na kwestiach lokalnych. Wierzysz w twierdzenie, że, aby stać się globalnym, należy mówić o sprawach lokalnych?

Absolutnie tak! Na szczęście istnieje w kinie tendencja, by eksplorować i eksportować małe cząstki lokalnej specyfiki geograficznej. Uważam, że prawda zawarta w dialekcie, autentycznych i zmieniających się wraz z miejscem gestach jest fundamentalna w tworzeniu historii, która nie jest „plastikowa”, nie wydaje się sztuczna. Cieszę się, że produkcje bardzo „lokalne” (przykładem może być Gomorra) zostały zauważone na poziomie międzynarodowym, jak sądzę dlatego, że w ich specyfice niektóre problemy stają się uniwersalne, a wszyscy możemy się z nimi utożsamić.

A więc kolejny Twój film będzie włoski?

Tak. Przynajmniej jeszcze jeden. I powinien zagrać w nim znów Giuseppe Battiston.

Kadr z filmu Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, za: Aurora films

Antonio, wydaje się, że siłą rzeczy czuwa nad Tobą Twój patron, św. Antoni z Padwy. Ta historia z jedyną odpowiedzią w sprawie pracy, którą otrzymujesz z Nowego Jorku, nagroda dla krótkiego metrażu, która przynosi ci tamtejsze stypendium w szkole filmowej. Spotkanie z Ervasem. Debiut, który znajduje dystrybutora również w Polsce. Niesłychane!

Fortuna!

Właściwie to nie spytałam Cię, czy lubisz prosecco.

Tak, ale to, które lubię, przypomina prosecco hrabiego Ancillotto, jest trochę niedoskonałe, kapryśne, naturalne, mętne, nieprzewidywalne… Jak to, które pijali moi dziadkowie.

reżyser Antonio Padovan, za Aurora films

Cała prawda w prosecco? In Prosecco veritas?

Mmm…

A więc wznoszę toast za sukces filmu!

Vivat! Dziękuję!

 

Rozmawiała: Anna Żurowicz

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.