Włoskie peregrynacje rysownika Tadeusza Kulisiewicza

Kilka dni temu, 18 sierpnia, obchodziliśmy 30. rocznicę śmierci Tadeusza Kulisiewicza (1899-1988), polskiego artysty, profesora warszawskiej ASP, ucznia Władysława Skoczylasa, współpracującego między innymi z Mieczysławem Kotarbińskim i goszczącego w swej pracowni Bertolda Brechta czy Diego Riverę. Jego prace zdobyły uznanie na całym świecie, o czym może świadczyć nagroda na Biennale w Wenecji czy honorowe członkostwo Akademii Sztuk Pięknych we Florencji.

Artysta szybko stał się pupilem władzy, nieoficjalnym ambasadorem państwa demokracji ludowej, co umożliwiło mu podróże po całym świecie. Poza Europą odwiedził m.in. Chiny, Indie, Kubę, Brazylię czy Meksyk. Cymelia z tych dalszych i bliższych podróży, od huculskich glinianych kafli, podhalańskiego malarstwa na szkle, po prekolumbijskie figurki z Meksyku czy przedwojenną miniaturę statku Krzysztofa Kolumba przekazane zostały kaliskiemu Centrum Rysunku i Grafiki im. T. Kulisiewicza, oddziałowi Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej. Tam też przeniesiono cały warsztat artysty, jego grafiki i niezliczone archiwalia.

Tadeusz Kulisiewicz, fotografia oraz wszystkie zamieszczone w tej publikacji są własnością Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej

O włoskich peregrynacjach artysty z historykiem sztuki Anną Tabaką, która podjęła się ich opracowania, rozmawia Anna Żurowicz.

Podróż, ta metaforyczna, jak i ta potoczna to, Pani zdaniem, esencja twórczości kaliszanina Tadeusza Kulisiewicza. Taką metaforyczną i potoczną drogę z ulicy Mazowieckiej 7 w Warszawie odbyła również pracownia Profesora, którą można dziś odwiedzić w Centrum Rysunku i Grafiki jego imienia w Kaliszu. Prace na ścianach cyklicznie zmieniają się zgodnie z kolejno planowanymi wystawami. A co kryją archiwa?

Zapisem testamentowym rodzinne miasto Tadeusza Kulisiewicza otrzymało pracownię wraz z wyposażeniem. Dar jest unikatowy. Składa się na niego 1500 prac, w tym rysunki, grafiki i szkice artysty z różnych okresów twórczości, niemal 40 szkicowników oraz wspomniane przez Panią archiwum, a w nim korespondencja urzędowa i osobista, pisma wytworzone przez instytucje państwowe i placówki kultury, fotografie, przeróżne notatki z codzienności oraz niezwykle ciekawy zbiór czasopism i książek. Powiedzieć o tym archiwum, że jest bogate, to za mało. To prawdziwy skarb. Poprzez analizę dokumentów zaczynamy w pełni widzieć Kulisiewicza i jego dzieło na tle czasów, w których żył, zarówno tych przed, jak i powojennych.

Tadeusz Kulisiewicz, Florencja

Pamiętam wspomnienia Jerzego Waldorffa, świadectwa Jarosława Iwaszkiewicza. Ikoniczne dziś książki Zbigniewa Herberta. Jest Herling-Grudziński. Dlaczego zapiski Profesora Kulisiewicza winny nas zaciekawić?

Jak już powiedziałam, otrzymaliśmy w darze niemal 40 szkicowników z różnych okresów twórczości i różnych podróży. Każdy z nich jest nieco inny, dlatego o każdym w zasadzie należałoby mówić oddzielnie; w większości notatka rysunkowa przeważa nad słowem. Są jednak wyjątki. W dwóch szkicownikach będących notatnikami z ośmiomiesięcznej podróży europejskiej, odbytej w 1937 roku, Kulisiewicz pisze bardzo dużo. Miał wtedy 38 lat, był już bardzo uznanym grafikiem. Wszyscy krytycy zgodnie widzieli w nim wielką indywidualność wyróżniającą się nawet na tle wybitnych koleżanek i kolegów tworzących przedwojenne Stowarzyszenie Artystów Grafików „Ryt”, do którego Kulisiewicz należał. Rękopiśmienne zapiski z tych dwóch niewielkich notesów (notesy mieszczą się na dłoni) przynoszą szczegółowy zapis odbioru kanonicznych dzieł sztuki, od Giotta po Gauguina, oraz ówczesnych realiów podróżowania.

Kartka z San Gimignano do żony

Profesor rozpoczął swą podróż po Europie na początku marca, pierwsza notatka została zapisana w nocy z 2 na 3 kwietnia 1937 roku w pociągu do Wiednia. Ostatnie wpisy z Włoch dotyczą Sieny i są datowane na 24 lipca. Ale jeszcze ponad miesiąc artysta bawił we Włoszech. Jaką obrał trasę?

Na Italii nie poprzestał, do Polski wracał w październiku. Trasa wiodła przez Austrię, Włochy, Francję, Wielką Brytanię; grafik odwiedził w tym czasie kilkadziesiąt miast i miasteczek, widział setki, właściwie tysiące dzieł sztuki, biorąc pod uwagę wizyty w muzeach. Artysta podróżą niewątpliwie wpisał się w grono całych pokoleń Europejczyków, którzy edukację dopełniali poprzez Grand Tour. Po latach swoją podróż Kulis nazywał „studiami artystycznymi”. Dodajmy, że w Paryżu gościł w czasie Światowej Wystawy zorganizowanej pod hasłem „Sztuka i technika w życiu współczesnym”; odwiedził polski pawilon, widział tam m.in. własne prace oraz koleżanki z „Rytu”, wspaniałej graficzki Bogny Krasnodębskiej-Gardowskiej, nagrodzonej w czasie tej wystawy.

Tadeusz Kulisiewicz, Siena

W szkicowniku francusko-angielskim zapisał: „W sztuce nie chodzi o wynajdowanie nowego, lecz powolne odbycie bardzo starej drogi, jakby to było po raz pierwszy.” Aby wypracować własny styl, dobrze wcielić się w cudzy – potem się z niego otrząsnąć – twierdził. Co z tej włoskiej podróży, Pani zdaniem, najbardziej w Kulisie pozostało?

Wątków, które osadziły się w Kulisie poprzez tę podróż, jest wiele. Sprowadzając je do jednego mianownika, nazwałabym je wielką nauką mówienia o człowieku i jego godności poprzez rysunek. Oczywiście wiemy, że artysta już od swojej teki „Szlembark” (1932) wpisał się w historię polskiej sztuki jako ten, który w sposób nietuzinkowy i wyrazisty mówi o kondycji ludzkiej. Ale dopiero po doświadczeniu podróży 1937 r., po studiach nad pracami Giotta, do których wielokrotnie wracał, po Michale Aniele, o którym jednak pisał mniej, jego własne prace nabrały klasycznego wyrazu, jego chłopki i chłopi zaczęli wędrować w rytm sztuki greckiej, etruskiej i rzymskiej.

Tadeusz Kulisiewicz, fragment fresku Śmierć Ananiasza Masaccia z kaplicy Brancacci we Florencji

Czy znamy jego lektury przedpodróżne? Moje pokolenie wyrosło w kulcie Pawła Muratowa.

Kulisiewicz nigdy nie był, ani nie pozował na intelektualistę, nie napisał w życiu ani jednego eseju. Najlepiej wypowiadał się poprzez rysunek, który łączył ze słowem. Jego notatki są bardzo świeże w tym sensie, że przynoszą swobodny, pełen pierwszych zachwytów zapis nad kanonicznym „zestawem” dzieł sztuki, bliskich każdemu Europejczykowi. To są kartki wyraźnie zapisywane dla siebie, na gorąco, nie z myślą o tworzeniu literatury. Z tych powodów jedni będą wytykali grafikowi powtórzenia i językowe potknięcia, inni – do których ja należę – zachwycą się jego szkicownikami, bo dzięki swoistemu „prymitywizmowi” stają się one bliższe i bardzo uniwersalne.

Każdy z nas kiedyś stanął przed czymś – nawet jeśli nie było to dzieło sztuki – czym się zachwycił. A Kulisiewicz prowadzi nas od zachwytu do zachwytu, bez językowej kontroli, ale za to z pełną świadomością języka sztuki. To przecież są zapiski w pełni ukształtowanego artysty; notatki stawiane także po to, aby zarysować kompozycję obrazu czy rzeźby, rozłożenie świateł i barw. Nie, oprócz materii zdecydowanie nie ma żadnej nici, która łączyłaby Kulisiewicza i Muratowa, ale przekornie powiem, że o tę różnicę właśnie chodzi.

Kartka z Florencji do żony

Czy któraś z notatek szczególnie Panią poruszyła lub zdumiała?

W Perugii Kulis zanotował: „Niezwykła włóczęga. Jedna niebieska koszula, porcięta, mała walizka i oczy, które chcą wiele widzieć”. To najbardziej podoba mi się w Kulisie: bezpretensjonalność. Kto dzisiaj tak podróżuje – „w porciętach”!? Dysponował niewielkimi pieniędzmi z nagrody Funduszu Kultury, którą właśnie otrzymał. Kogo z wyjątkiem globtroterów stać na to bycie sam na sam ze sobą, na walkę z własnym zmęczeniem, z niewygodą, na wędrowanie w spiekocie i deszczu, bez chociażby namiastki luksusu? Mówimy o czasie sprzed ery Internetu, GPS-ów i komórek, czasie, kiedy komunikacja samochodami osobowymi nie była powszechna. Kulisiewicz naprawdę pojechał tylko po jedno – po sztukę, po naukę patrzenia i widzenia. Przed dziełami Giotta doznawał niemal iluminacji. O Florencji pisał, że wraca się do niej jak do czegoś bardzo drogiego i że mógłby w niej zamieszkać. Bazylikę Św. Marka w Wenecji nazwał dziełem boskim. Długo można by wymieniać.

Tadeusz Kulisiewicz, Pawia

To z listów i niezliczonych pocztówek do żony Marii, zwanej pieszczotliwie Basią, wiemy, że Kulis poruszał się po Włoszech pociągiem lub pieszo, bywało, że na rowerze. Notatki z Włoch są najbardziej obszerne, podróżował bowiem sam. Co dostrzegał poza muzeami?

 Życie, dostrzegał życie we wszystkich jego wymiarach i silnie odbierał kontakt z naturą, zwłaszcza na górskich szlakach, które uwielbiał. Czasem walczył z tęsknotą. W drodze do Chiusi odnotowuje: „Trzeba 2,5 km iść szosą ciągle pod górę. Niedawno deszcz spadł i powietrze przesycone jest wilgotnością. Czuję się jak na drodze do Krościenka tuż za Czorsztynem. Tylko wszystko za dalekie. Niby wierzby, niby Gorce. No nic, jeszcze pochodzę tamtymi drogami”. Cenił smak wina i pomarańczy, wdzięk kobiet, był czułym obserwatorem światła i wody, co wraca przez lata, np. w rysunkach barek i łodzi. Uciekał chyba tylko od jednego: turystycznych tłumów i hałasu.

Tadeusz Kulisiewicz, Łodzie (Santa Margherita, Włochy)

W czasie podróży z 1937 r. Kulisiewicz spotkał kilku znajomych. Wyjątkowa przyjaźń połączyła go z założycielem Stamperia Polacca we Florencji…

…Samuelem Tyszkiewiczem, słynnym polskim typografem, założycielem drukarni, której nazwę Pani wymieniła. Tłocznia wydawała druki w kilku językach, słynęła z bardzo wysokiego poziomu prac, została nagrodzona Grand Prix podczas wystawy paryskiej z 1937 r. Kulisiewicz był częstym gościem Castel d’Aiano u Tyszkiewicza, można powiedzieć, że tam znajdował spokojną przystań między kolejnymi wycieczkami, tam mógł odpocząć.

Kartka do żony z dopiskami od Vittorii Lenzi i Samuela Tyszkiewicza

Wspomnieć należy o weneckim Biennale Sztuki i tamtejszej nagrodzie. Co to była za praca i jak brzmiał werdykt tamtejszego jury?

Tym pytaniem przenosimy się w czasie, a biorąc pod uwagę okoliczności, tj. konsekwencje politycznego podziału świata po II wojnie światowej, przeskakujemy epokę. Tadeusz Kulisiewicz otrzymał nagrodę UNESCO podczas XXVII Międzynarodowej Wystawy Sztuki w 1954 roku. Na razie nie potrafię nic bliżej na ten temat powiedzieć, ale proszę dać mi czas, zajmuję się sztuką tego artysty dopiero od dwóch lat.

Aby odpowiedzieć prawdziwie, z pewnością należałoby wziąć pod uwagę uwarunkowania polityczne przyznawania tej nagrody, chociaż niewątpliwie sztuka wybitnego kaliszanina broni się niezależnie od koloru sztandarów władzy. W werdykcie, można przypuszczać, na pewno pisano o „uniwersalnych i ponadnarodowych wartościach sztuki Tadeusza Kulisiewicza”, bo wtedy – niewątpliwie zgodnie z prawdą – podobne sformułowania pojawiały się we wszystkich ocenach prac naszego grafika.

Efektem wyprawy do Włoch były też cenne znajomości, kultywowane przez lata. Kulis pieczołowicie przechowywał listy, kartki, zdjęcia. Przyjaźnił się z pewnym historykiem sztuki. Pada też nazwisko Cini, a Fundacja Cini to do dziś działająca prężna instytucja kulturalna.

W naszym archiwum zachowała się korespondencja (kilka listów) między Kulisiewiczem a stowarzyszeniem włosko-polskim „Francesco Nullo” z Wenecji. Są to listy najczęściej podpisywane przez prof. Luigi Ciniego, jak się wydaje, tożsamym z kierownikiem katedry polonistyki w Wenecji. Dotyczą one różnych spraw związanych z eksponowaniem lub sprzedażą prac Kulisa we Włoszech. Mamy również listy od krytyka sztuki Giuseppe Marchioriego.

List od Luigiego Ciniego do Kulisiewicza

Powróćmy na moment na Mazowiecką 7. To niezwykły adres i miejsce niezwykłych przyjaźni Państwa Kulisiewiczów między innymi z Wandą Majer-Pietraszak i Leonardem Pietraszakiem.

Mazowiecka 7 dla miłośników twórczości kaliszanina pozostanie ważnym adresem. Na fasadzie tej warszawskiej kamienicy wisi tablica upamiętniająca mistrza, m.in. dzięki inicjatywie państwa Pietraszaków. Kulisiewicz wprowadził się na Mazowiecką ze swoją żoną Basią po wojnie i mieszkał tutaj do śmierci. Mieszkanie na piątym piętrze, wypełnione pamiątkami z całego świata, było zarazem pracownią, do której na korekty przychodzili studenci pana profesora.

Prawdą też jest, że wiele miesięcy w roku artysta spędzał albo na podróżach albo w Szlembarku, a potem w Kirach, gdzie pracował twórczo. Mazowiecka była bliska Kulisiewiczowi przez sąsiadów z piętra, oprócz Wandy Majer-Pietraszak i Leonarda Pietraszaka, trzeba przypomnieć rodzinę Belli i Samuela Sandlerów, ich rezolutną córkę Hanię (wszyscy po 1968 roku stali się emigrantami), matematyka Marcelego Starka  oraz panie Zofię Dembińską i Halinę Kmiotek. Był także pies Benio. Ale to już zupełnie nowy wątek, rozpisany na piękne listy, który przechowujemy w Centrum. A do tego wszystkiego, przy Mazowieckiej, w Salonie Czesława Garlińskiego, Kulisiewicz zadebiutował w 1930 r.

Jakie prace z podróży Kulisiewicza zostały już wydane? A jakie planujecie Państwo wydać?

Dotychczas, w latach 80., ukazał się Dziennik kubański Tadeusza Kulisiewicza. Biorąc pod uwagę bogactwo spuścizny, którym zostaliśmy obdarowani, przed nami daleka podróż z Kulisem… Wydanie dwóch szkicowników z 1937 r. jest przygotowywane przez kaliskie muzeum na jesień tego roku. Mamy nadzieję, że na urodziny mistrza, 13 listopada, zdążymy.

Tadeusz Kulisiewicz, Piza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.