O  sztuce pachnącej kwiatami pomarańczy – recenzja najnowszej książki Tessy Capponi-Borawskiej i Agnieszki Drotkiewicz

Nigdy nie potrafiłam gotować. Moje dania, jeśli już powstawały, wywoływały na twarzach gości grzeczne uśmiechy, a nie prawdziwy zachwyt. Nawet jeśli nie były fatalne, to raczej ciężko je nazwać przysmakami. Brakowało „tego czegoś”, co sprawiłoby, że potrawa nie byłaby jedynie mieszanką właściwie dobranych składników, a kompozycją smaków, które tworzyłyby wyjątkową całość.

Bardzo szybko doszłam do wniosku, że do gotowania brakuje mi wyczucia, fantazji i, uczciwie mówiąc, szczerych chęci. Nie widziałam nic przyjemnego ani satysfakcjonującego w „staniu przy garach”, zwłaszcza jeśli efekty tej pracy raczej nie spełniały oczekiwań moich kubków smakowych. Kuchenne eksperymenty zarzuciłam więc lata temu i żywiłam się tym, co wpadło mi w ręce – najczęściej obiadkami u mamy, smakołykami upichconymi przez mojego młodszego brata (który w przeciwieństwie do mnie w kuchni czuje się na właściwym miejscu, a w jego przypadku potwierdza to także smak potraw!), paskudnymi gotowcami albo po prostu jadłam na mieście.

Od kuchenki trzymałam się z dala (dzięki czemu miałam najniższe rachunki za gaz ze wszystkich znanych mi osób) i pogodziłam się z myślą, że już nigdy nie zostanę domową boginką. Wstydliwie mogę nawet wyznać, że w od czterech lat, czyli odkąd mieszkam w mojej maleńkiej żoliborskiej kawalerce, nie zamontowałam w kuchni okapu (do niczego nie był potrzebny), a nawet nie kupiłam zastawy stołowej.

Niczym na ilustracji autorstwa Mroux – moje dania nie miały wielu wielbicieli…

Pierwsze (niezbyt udane) próby

Ostatnio coraz bardziej zaczęła mi jednak doskwierać myśl, że przez zupełne zarzucenie gotowania coś w życiu przegapiam. Co więcej – tak zaawansowany poziom kulinarnej nieporadności, jaki reprezentuję, wydaje mi się wręcz formą upośledzenia. W końcu gotują prawie wszyscy, a wielu osobom sprawia to wręcz ogromną frajdę. Pichcenie może być prawdziwą sztuką, a ja przecież czuję się wrażliwa na sztukę.

Postanowiłam więc dać gotowaniu drugą szansę – niechętnie i z dużą dozą sceptycyzmu, ale jednak.

Zaczęło się od nieszczęsnych warzyw na patelnię (podejście pierwsze zakończone totalną porażką), potem nadszedł czas na najprostsze włoskie pasty (już nieco lepiej, choć wciąż nie był to kulinarny majstersztyk). Gotowanie nadal pozostawało jednak przykrym obowiązkiem, niewiele mając wspólnego z przyjemnością.

Choćby dla samej autorki…

To chyba dlatego Smak kwiatów pomarańczy – rozmowy o kuchni i kulturze stał na mojej półce dość długo, zanim po niego sięgnęłam.

Z jednej strony z wielu powodów chciałam przeczytać tę książkę, z drugiej zaś z kuchnią nie bardzo mi po drodze, nie chciałam więc czytać o czymś tak bardzo nie z mojego świata. Sięgałam po leżące obok pozycje, często nawet kupione później, a Smak… wciąż czekał na swoją kolej…

Wiedziałam jednak, że przeczytać go po prostu muszę, choćby dlatego, że jedną z autorek jest uwielbiana przeze mnie Tessa Capponi-Borawska, postać owiana legendą w Katedrze Italianistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ta arystokratka ze znamienitej florenckiej rodziny wyszła za mąż za Polaka i od wielu lat mieszka w Polsce, gdzie dzieli się swoją wiedzą o włoskiej kulturze, sztuce, tradycjach i kulinarnych zwyczajach. Jest prawdziwym autorytetem.

Do dziś pamiętam, jak potwornie się stresowałam przed przeprowadzanymi przez nią egzaminami ustnymi! Siedziałam pod salą, obgryzałam paznokcie, choć przecież wcale nie mam tego w zwyczaju, i wpadałam w panikę, wyobrażając sobie, jak polegam na jakimś niezbyt trudnym pytaniu. Paraliżujący strach nie był jednak wywołany przez samą postać wykładowczyni, wręcz przeciwnie. Od Tessy Capponi zawsze biło ciepło. Tak bardzo imponowała ona nam wszystkim, że na myśl o ośmieszeniu się przed nią niewiedzą i zawiedzeniu jej dostawaliśmy wręcz gęsiej skórki.

Drugą autorką Smaku… jest Agnieszka Drotkiewicz – dziennikarka, pisarka, autorka kilku wywiadów rzek, a prywatnie najwyraźniej także prawdziwy smakosz i od wielu lat fanka Tessy Capponi-Borawskiej. Duet naprawdę obiecujący.

Autorki książki

W poszukiwaniu piękna

Książka zwraca na siebie uwagę nie tylko z powodu tego, kto ją napisał. Czy widzieliście tę okładkę?! Jest zachwycająco piękna! Zrobiona ze smakiem, wręcz przesycona pięknem. Tło przypomina kamienny blat kuchenny, a na centralnie położonym złocistym widelcu znajduje się wszystko – malownicze kwiaty, owoce i warzywa wyjęte żywcem z martwej natury, zachęcające do tego, by ich posmakować. Zauważymy także postaci i budowle. Bogactwo i różnorodność, które jednak nie przekraczają granicy dobrego smaku.

 

Trafny tytuł

Mój szczery zachwyt budzi także sam tytuł. Tak bardzo działa na wyobraźnię! Uwielbiam zapach kwiatów pomarańczy: słodki, odurzający, upojny. To zapach słońca, radości, zapach wakacji, bo przecież w Polsce nie rosną drzewa pomarańczy, więc wąchanie ich kwiatów nierozłącznie związane jest z podróżami, z odkrywaniem czegoś nowego, z wolnością. Chociaż nie jadłam nigdy nic o smaku kwiatów pomarańczy (ale kwestia czasu, zwłaszcza po tej lekturze!), to jestem w stanie wyobrazić sobie, jaki to może być przysmak.

Co ciekawe, w książce Tessa Capponi-Borawska wyznaje, że nigdy nie przepadała za tytułem wcześniejszej książki swojego autorstwa, Moja kuchnia pachnąca bazylią. Powiem szczerze, że i mi nie przypadł on do gustu. Kojarzy mi się ze wszystkimi stereotypami dotyczącymi włoskich kulinariów, a już naprawdę mam przesyt wszelkich „ucieczek do Toskanii” i „Włoch, do których warto jeździć, żeby się najeść”. Kwiaty pomarańczy są za to dużo bardziej niezwykłe. I taka też jest ta książka.

Jedzenie – niedoceniane czy przeceniane?

Smak… to bowiem nie tylko dywagacje nad tym, co jemy, ale też nad rolą jedzenia w naszym życiu, nad jego przedstawianiem w sztuce, nad tym, jak i dlaczego jemy, jak zmienia się kultura jedzenia na świecie, jak wpływa to na architekturę (a wpływa!), jak wyglądają społeczne role kucharki i szefa kuchni, jak kształtował się design związany z jedzeniem, czemu w kuchni panuje braterstwo, a brakuje siostrzeństwa czy wreszcie dlaczegodefiniujemy się przez to, na jakiej jesteśmy diecie.

Chociaż jedną z myśli przewodnich, kilkakrotnie powtarzaną w książce, jest sformułowana przez Michela Houellebecqa teza, że „jedzenie długo było bardzo niedoceniane, a obecnie staje się nieco «przeceniane»”, ta książka to hołd złożony jedzeniu. Można się nią delektować jak najwyśmienitszym sufletem czekoladowym – po troszku, po kilka stron, po kilka różnych myśli i tematów do rozważań, żeby nie odczuć przesytu, żeby wyciągnąć z każdego takiego „kęsa” całą gamę smaków.

Zresztą czytanie Smaku… może być całkiem żmudne – sama sprawdzałam na każdym kroku nazwiska nieznanych mi twórców, przeglądałam w Internecie zdjęcia omawianych obrazów czy potraw, ciągle docierałam do źródeł, by dowiedzieć się więcej. I robiłam to z prawdziwą przyjemnością, bo książka otwiera nam oczy na wiele różnych tematów.

Jak pachną miasta i jak smakują truskawki

I tak oto czytamy o martwych naturach hiszpańskiego zakonnika Juana Sáncheza Cotána, o tym, że „tylko ktoś o naturze mistyka mógł uznać, że kilka marchewek i hiszpański kadr sprawią widzowi satysfakcję porównywalną z oglądaniem sceny o charakterze artystycznym”. Dowiadujemy się, na jakich obrazach ukazane są najpiękniejsze torty, a na jakich włoskie brioche, zapoznajemy się z różnymi gatunkami szparagów („szparagi różowe (…) zbiera się o świcie, aby zachować lekko różowy kolor na samych czubkach”), historią truskawki i wyjaśnieniem, dlaczego u nas jest smaczniejsza niż we Włoszech („westchnęła i powiedziała do mnie: «Truskawka to owoc Północy, ty mnie zrozumiesz po tylu latach spędzonych w Polsce». Inni biesiadnicy milczeli, bo kobieta miała tak wielki smutek w oczach, ja natomiast doskonale zrozumiałam, o co jej chodziło”). Oczami wyobraźni (i wszystkimi zmysłami) podróżujemy z autorkami do różnych miejsc: „Rzym pachnie chlebem, czy raczej słodkimi, ciepłymi bułeczkami nadziewanymi bita śmietaną. Nazywają je maritozzi. Pamiętam, jak kupowałam maritozzi i brioche o czwartej, piątej nad ranem, wracając z jakiejś imprezy. Do najpiękniejszych chwil mojej młodości należą właśnie te, kiedy patrzyłam na wschodzące nad Rzymem słońce, wyłaniające się znad wzgórza Janikulum, i jadłam jeszcze ciepłe maritozzo”. Czy w tych opisach można się w ogóle nie zakochać?

Wyrobić sobie dobry gust sztuką

To książka dla prawdziwych smakoszy. Nie tylko tych kulinarnych. Jest przesycona dobrym smakiem – zarówno w zakresie żywności, jak i kultury i sztuki. Autorki wyciągają z jedzenia i całej szeroko rozumianej jego otoczki to, co najpiękniejsze, najbardziej estetyczne, przekonując, że „poczucie piękna to nie tylko kwestia indywidualna, ale przekazywana z pokolenia na pokolenie. Myślę, że na włoski geniusz związany z designem składa się z jednej strony bardzo uważne obserwowanie przyrody, a z drugiej obserwowanie tego, co powstało w sztuce na przestrzeni wieków”.

Poczucie estetyki dopełniają cudowne ilustracje autorstwa Mroux (ja po lekturze od razu zaczęłam ją obserwować na Facebooku!). Okazuje się bowiem, że książka ma nie tylko przepiękną okładkę, ale i obrazki, łączące w sobie klasyki włoskiej sztuki i cudeńka popkultury. Poczucie estetycznego zaspokojenia gwarantowane!

Śliczne ilustracje autorstwa Mroux

Nie hedonizm, ale rozważania etyczne

Smak… ma formę rozmowy prowadzonej przez autorki na różne sposoby – od listów i e-maili po szczere wywiady czy opowieści snute niczym bajki (choćby o Artusim, o którym na italofilii mogliście już przeczytać!). Znajdziemy tu także rozmowy z innymi ekspertami, w tym z dziećmi samej Capponi-Borawskiej. Jej syn Zygmunt, który jest z zawodu architektem, opowiada o tym, jak zmienia się rola i design kuchni jako pomieszczenia, a córka Flavia, znana i szanowana szefowa kuchni, przedstawia trudną pozycję kobiety w męskim świecie renomowanych restauracji.

O kobietach bowiem w książce tej mówi się dużo, szczególnie o tym, jak gotowanie z zajęcia typowo kobiecego i pejoratywnie odbieranego stało się domeną mężczyzn, już dużo bardziej poważaną i często niedostępną dla kobiet.

Ale to nie jedyny problem społeczny poruszany przez autorki. Jeden rozdział poświęcony został marnowaniu żywności i głodowi na świecie. Przytoczono tu wspaniałą historię o tym, jak słynny włoski szef kuchni Massimo Bottura przygotowywał podczas mistrzostw olimpijskich w Rio de Janeiro carbonarę dla dwóch tysięcy osób. Mając do dyspozycji jedynie znikomą ilość boczku, stworzył swój własny zamiennik o bardzo podobnym smaku i aromacie – z prażonych skórek bananów.

Jako czytelniczkę cieszy mnie bardzo, że Smak… to nie tylko sztuka dla sztuki (choć przecież sztuka i jedzenie pełnią tu kluczową rolę), ale także rozmyślania na tematy aktualne i ważne. Poruszane są tu kwestie etyczne związane z gotowaniem i odżywianiem, autorki nie skupiają się jedynie na przyjemnościach płynących z jedzenia. Mamy więc strawę dla ciała i dla ducha.

Jedzenie, które porządkuje życie

Gdybym miała coś Smakowi… zarzucić, byłoby to czasem niezbyt płynne przejście z jednego tematu do drugiego. Momentami wyczuwam też niechęć autorek do różnego rodzaju diet (zdecydowanie idea „My body is my temple” nie jest im najbliższa) i chociaż nie odmawiam im prawa do własnego zdania, to znacznie wolałabym, aby było ono przedstawiane jako początek ciekawej dyskusji. Kuchnia pozwala przecież na taką kreatywność, że ciężko ją jakkolwiek ograniczyć, dzięki czemu każdy może znaleźć w niej to, co pasuje nie tylko kubkom smakowym, ale i etyce czy ideologii.

Szczypta (albo więcej) inspiracji

Jak już wspomniałam, po książkę sięgnęłam z pewnym oporem. Sądziłam, że po jej lekturze dotkliwiej odczuję, jak bardzo odstaję od świata mistrzów patelni i wirtuozów smaku. A jednak tak się nie stało. Nie tylko delektowałam się każdym słowem, ale także z nową dozą entuzjazmu ruszyłam na podbój własnej kuchni.

Piszę te słowa, zajadając się wegańskim ciastem czekoladowym z przepisu pochodzącego z bloga kulinarnego polecanego przez autorki (hurra! Po długich poszukiwaniach wreszcie trafiłam na wegański deser, który okazał się strzałem w dziesiątkę!), na patelni właśnie dochodzi sycylijski sos na bazie pomidorów i bakłażana, a w lodówce dumnie prezentuje się mój własnoręcznie zrobiona baba ghanoush.

Tessa Capponi-Borawska ma chyba zatem rację, pisząc, że każdy powinien mieć w domu przynajmniej jeden palnik, na którym umiałby przygotować choćby jajko (w książce przytoczona jest nawet anegdota na temat babci arystokratki, która nie potrafiła obsługiwać kuchenki i zupę podgrzewała sobie… w wannie wypełnionej gorącą wodą!), bo gotowanie, a przede wszystkim jedzenie, jest dla każdego i stanowi bardzo ważny element życia.

Jeśli więc brakuje Wam w życiu piękna, posiłki nie cieszą Was jak dawniej albo dawno nie obcowaliście ze sztuką, to z całego serca polecam Wam lekturę Smaku kwiatów pomarańczy. To czysta przyjemność na najwyższym poziomie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.