„Martin Eden to postać, która traci kontrolę – nad własnym sukcesem, życiem, relacjami. Ponieważ zrywa ze swoją przeszłością i odwraca się od swoich korzeni, nie ma już nic do opowiedzenia. Staje się ofiarą przemysłu kultury. Młody bohater podoba nam się, dopóki walczy o swoje wykształcenie. Gdy jednak osiąga sukces – wyczerpuje się jako postać i przestaje wzbudzać naszą sympatię. Jest to bohater negatywny, bo ostatecznie dopuszcza się zdrady własnego pochodzenia, kończy jako narcyz i megaloman, zapomina o własnej historii”.
Z Pietrem Marcellem, reżyserem filmu Martin Eden, rozmawia Julia Okołowicz-Szumowska.

Martin Eden to zarówno twój pierwszy film pełnometrażowy, jak i pierwsza adaptacja filmowa. Jak zrodził się pomysł, by opowiedzieć historię Martina, i dlaczego właśnie teraz?
Książkę Jacka Londona przeczytałem po raz pierwszy w wieku dwudziestu lat. Dostałem ją w prezencie od późniejszego scenarzysty filmu – Maurizia Braucciego. Dorastaliśmy razem, byliśmy też obaj zaangażowani w działalność lokalnych ruchów społecznych. Po dwudziestu latach wróciłem do Martina Edena i wspólnie zdecydowaliśmy się na adaptację. Braucci jest pisarzem, ale przede wszystkim scenarzystą. Był przekonany, że książka mi się spodoba.
Dlaczego?
Martin Eden to opowieść o wyzwoleniu poprzez kulturę i o wolności, jaką daje kultura. To książka o samouku, a ja też jestem samoukiem. Oczywiście sam Martin to zupełnie inna postać. Uważam, że w zamyśle Jacka Londona był to bohater negatywny, który ostatecznie miał mu posłużyć do krytyki indywidualizmu. Pod tym względem film jest wierny książce. Nasza adaptacja przenosi jednak tę historię na grunt włoski.
Jaki przekaz niesie za sobą dziś historia Martina?
Martin zapomina o swoim pochodzeniu, o walce klas. Dziś nie mamy już walki klas, dlatego też, paradoksalnie, uważam, że to jak najbardziej aktualna opowieść. Co więcej, Martin Eden to postać, która traci kontrolę – nad własnym sukcesem, życiem, relacjami. Ponieważ zrywa ze swoją przeszłością i odwraca się od swoich korzeni, nie ma już nic do opowiedzenia. Staje się ofiarą przemysłu kultury. Młody bohater podoba nam się, dopóki walczy o swoje wykształcenie. Gdy jednak osiąga sukces – wyczerpuje się jako postać i przestaje wzbudzać naszą sympatię. Jest to bohater negatywny, bo ostatecznie dopuszcza się zdrady własnego pochodzenia, kończy jako narcyz i megaloman, zapomina o własnej historii.
W twoim filmie w postać Martina Edena wciela się Luca Marinelli, nagrodzony za tę rolę Pucharem Volpiego dla najlepszego aktora podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. U jego boku widzimy Elenę – w tej roli Jessica Cressy, i Russa „Brissa” Brissendena – granego przez Carla Cecchiego, wielkiego aktora teatralnego, kinomanom znanego między innymi z filmu Śmierć neapolitańskiego matematyka Maria Martonego. Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę właśnie z tymi aktorami?
Przystępując do pracy nad filmem, od razu pomyślałem o Marinellim. Potrzebowałem aktora, który w pełni zrozumie transformację Martina Edena – postaci, która przychodzi na świat pogrążona w biedzie, a mimo to, dzięki ciężkiej pracy, wyrasta na intelektualistę i odnoszącego sukcesy pisarza. Luca to wielki aktor, w pełni podołał tej roli. Jeśli zaś chodzi o Carla Cecchiego – marzyłem o tej współpracy. W moim odczuciu zaplecze teatralne Cecchiego uszlachetnia język filmu. Co więcej, Cecchi był nauczycielem Luki Marinellego! Natomiast w przypadku postaci Eleny zależało mi na współpracy z osobą bez większego doświadczenia filmowego. Podczas castingu odkryłem, że właśnie Jessica odpowiada mojemu wyobrażeniu książkowej Ruth Morse.
Genua i Neapol to miasta, które najczęściej możemy podziwiać w twoich filmach. Dlaczego historię Martina portretujesz właśnie na tle Neapolu i okolic?
Z Maurizio Brauccim długo zastanawialiśmy się nad wyborem miasta. W przeciwieństwie do książkowego Martina Edena nie należymy do tradycji anglosaskiej. Nie mamy też tradycji literatury marynistycznej, autorów takich jak Stevenson, Conrad czy Melville. Mamy Carla Leviego, Pasoliniego, Silonego, Pavesego. Mimo wiadomego położenia geograficznego w literaturze włoskiej jest niewiele obrazów morza, przeważa raczej krajobraz miast i wsi, dlatego też nasz Martin Eden dryfuje jednocześnie pomiędzy morzem i południowowłoską wsią. Nie chciałem, by film powstał w Stanach. Martin jest w moim wyobrażeniu archetypem, jak Hamlet czy Faust. Mogliśmy kręcić gdziekolwiek – w Warszawie, Paryżu, Genui. Wybraliśmy Neapol, bo to najbliższe nam miasto.
W jakich czasach wydarza się historia Martina?
Portretujemy Martina na tle szeroko pojętego XX wieku. Wszystko to oddaję interpretacji widzów, jednak chciałbym zaznaczyć, że nieumieszczenie bohatera w konkretnym momencie historii, a właśnie w epoce, było w naszym założeniu zabiegiem jak najbardziej celowym – poprzez postać Martina i Neapol chcieliśmy opowiedzieć również o samym Południu z okresu XX wieku.
Cytaty z filmów archiwalnych, niejednokrotnie tworzące wręcz równoległą do fabuły opowieść, są charakterystycznym dla twojego kina zabiegiem stylistycznym, obecnym również w Martinie Edenie. Skąd pomysł na tego rodzaju polifoniczną narrację?
Mówi się, że każdy reżyser kręci tak naprawdę wciąż ten sam film, a przynajmniej często wraca do punktu wyjścia. Od początku mojej pracy korzystałem z repozytoriów i archiwów, uwielbiam je. Uważam, że jako obrazy stoją wyżej niż zdjęcia filmowe. Być może wiążę to ze świadomością, że film, nad którym pracuję, sam staje się archiwum. Archiwalia to też najlepszy sposób na opowiedzenie przeszłości, a dla mnie archiwum i fikcja to – na poziomie potencjału narracyjnego – to samo.
Martin Eden ma też dość eklektyczną ścieżkę dźwiękową. Z jednej strony proponujesz widzom pop i muzykę elektroniczną, z drugiej – Bacha, Debussy’ego.
Tak! Zależało mi na tym, by historię Martina opowiedzieć także poprzez warstwę muzyczną filmu. Lżejsza muzyka obrazuje czas dorastania, zdobywania świadomości, a muzyka poważna – zmianę, stopniowe przenikanie bohatera do tzw. wyższych sfer.
Publiczność zna cię jako reżysera wyjątkowych filmów dokumentalnych – Paszczy wilka (La bocca del lupo, 2009) czy Pięknej i utraconej (Bella e perduta, 2015), by wymienić tylko kilka. Po doświadczeniu na planie Martina Edena, jakie różnice zauważasz w pracy nad fabułą?
Nie widzę żadnej różnicy. Wierzę jednak, że lata pracy nad dokumentem nauczyły mnie tego, by zawsze być gotowym na niespodzianki. Gdyby nie to, Martin Eden by nie powstał. Ostatecznie film został nakręcony w sześć tygodni, a to dzięki temu, że nie zmieniłem metody – na planie Martina Edena pracowałem dokładnie tak samo, jak na planie poprzednich filmów dokumentalnych. Podkreślam – nie widzę różnicy pomiędzy pracą nad dokumentem i fabułą. Martina Edena nakręciłem w ten sam sposób, co Piękną i utraconą, miałem tylko większy budżet. Poza tym nic się nie zmieniło.
Jesteś reżyserem młodego pokolenia, jednak w twoich filmach obecny jest duch kina lat 60., 70. Skąd czerpiesz inspirację? Którzy twórcy mieli na ciebie największy wpływ?
Mam wykształcenie typowego kinomana. Wierzę, że w kinie nie należy mieć wzorców, należy mieć metodę. Kocham kino, ogólnie. Nie wybieram, nie odrzucam. Znam kino europejskie, bliskie jest mi też kino polskie. Mieliście Wajdę, którego stawiam na równi z każdym innym znanym na świecie włoskim reżyserem. Człowiek z marmuru, Człowiek z żelaza to wielkie kino! A ja po prostu kocham kino. Uważam, że dziś coraz ciężej o swobodę tworzenia. Mam to szczęście, że jestem jednocześnie producentem moich filmów. Nie są idealne, ale taki właśnie był mój zamiar. Jestem ciekaw, jaki los spotka Martina Edena, i czy spodoba się widzom w Polsce!
Na koniec pytanie, które nie może nie paść – pracujesz już nad nowym filmem?
Ciągle! Czytam, poszukuję. Wierzę, że by tworzyć kino, nieodzowna jest potrzeba tworzenia. Czy będzie to dokument, czy fabuła – to nieważne, jestem otwarty na wszystkie możliwości. Ważnym jest natomiast, by w tym procesie móc spojrzeć poza siebie, nie opowiadać o sobie, a zrobić miejsce dla innych. I pamiętać o tym, że kino, zawsze, potrzebuje aktywizmu, zaangażowania.






Jeden komentarz dla “„Kino potrzebuje zaangażowania”. Rozmowa z Pietrem Marcellem, reżyserem filmu „Martin Eden”.”