Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: ogródek działkowy na warszawskim Okęciu, środek lata i to takiego lata, które Tokarczuk określiłaby chyba mianem lata roku gruszy. Wszystko pachnie upojnie, promienie słoneczne przebijają się przez liście winogron i padają na kartki papieru. Gdzieś w okolicy brzęczy jakiś owad, pora sjesty. Ja, na oko 8-letnia, leżę na brzuchu na kocu i rozkoszuję się nie tylko otaczającą naturą i kojącym spokojem, ale i ukochaną książką, wciągającą i poruszającą moją kilkuletnią dopiero wyobraźnię, oraz słodkim jak miód sokiem wiśniowym. Chwila nieuwagi i szklanka z sokiem przewraca się, a krwistoczerwony płyn zalewa strony powieści. Od tej pory już zawsze będą lekko pofalowane, różowawe i słodko pachnące. Jest mi okropnie żal, bo to książka o moim ulubionym misiu. Nie, nie Puchatku (ten nigdy nie podbił tak mojego serca). O misiu prawdziwym, wyjątkowym, takim, który był żołnierzem Andersa i wyzwalał Italię. O bohaterze, patriocie, wiernym przyjacielu i lojalnym kompanie. O Wojtku – to o nim właśnie będzie dzisiejszy artykuł.

Niedźwiedzia Wojtka nie każdy zna, a każdy znać powinien, bo związany jest z piękną kartą w historii Polski, a na dodatek to ewenement na skalę światową. Ma pomniki rozsiane po całej Europie (zgadza się, we Włoszech też!), poświęcono mu liczne książki, otwierano wystawy prezentujące tego niezwykłego bohatera.
Historia Wojtka rozpoczęła się w 1942 r. w Iranie, gdzie żołnierze z 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii wchodzącej w skład 2. Grupy Artylerii Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie spotkali dzieci niosące podejrzany worek. Zaciekawieni żołnierze zajrzeli do środka i ujrzeli… małego niedźwiadka. Dzieci znalazły misia po tym, jak kłusownicy zabili jego matkę, a teraz chciały sprzedać zwierzę. Polacy zgodzili się (ponoć zapłacili konserwami, czekoladą i scyzorykiem) i zabrali niedźwiadka do obozu. Nadali mu polskie imię Wojtek.

Mały miś Wojtek jeszcze w Iranie, zdjęcie: wikimedia, domena publiczna 
Mały Wojtek, zdjęcie: Fabius66, wikimedia, CC BY-SA 4.0
Miś dorastał wśród żołnierzy, a ci czuli z nim silną więź. Wiedzieli, że osierocony i oderwany od naturalnego środowiska, do którego nie może już nigdy wrócić, jest on równie zagubiony jak oni sami – pozbawieni ojczyzny, na obcym kontynencie, niepewni przyszłości ani nawet losu bliskich. Tak oto Wojtek stał się więcej niż maskotką kompanii. Coraz większy i bardzo rozumny był po prostu jednym z nich. Bawił się z nimi (prowadzone były nawet regularne zapasy z Wojtkiem, w których niedźwiedź miał zdecydowaną przewagę, ale też wyczucie, dzięki któremu zawsze uważał, by nikogo nie skrzywdzić, a podobno czasem nawet, z grzeczności, pozwalał przeciwnikom wygrać), pił jak prawdziwy żołnierz (tak, Wojtek naśladował swoją nową „rodzinę” we wszystkim!), a nawet… zjadał papierosy! Przy czym podobno nie chciał tknąć papierosa, którego ktoś najpierw nie odpalił. Trzeba przyznać, że miś był naprawdę bardzo ludzki. Choć miał własny kąt do spania, w nocy uwielbiał zakradać się do ludzi i przytulać do śpiących. Żołnierze zabierali go ze sobą nad wodę, gdzie wzbudzał wielką sensację, radośnie kąpiąc się wśród plażowiczów. Podobno uwielbiał też jazdę ciężarówkami wojskowymi, a są i tacy, którzy twierdzą, że próbował siadać za kierownicą…

Wojtek uwielbiał zapasy. Zdjęcie: wikimedia, domena publiczna 
Zapasy Wojtka, zdjęcie: wikimedia, domena publiczna
Więź między Polakami a misiem (teraz już naprawdę ogromnym) była coraz silniejsza. Mimo że w obozie stacjonowali też obywatele innych krajów, Wojtek chciał spać wśród naszych rodaków i to z nimi najchętniej spędzał czas. Dlatego też, gdy zapadła decyzja o mobilizacji i wyruszeniu w stronę Europy, 22. Kompania postanowiła za wszelką cenę zabrać futrzastego towarzysza ze sobą. Warto tu wspomnieć, że Wojtek nie był jedynym zwierzęciem w obozie (Anglicy mieli np. dalmatyńczyka, z którym Wojtek szybko się zaprzyjaźnił i potrafił z nim spędzać całe godziny na wspólnych zabawach). Ba, nie był nawet jedynym niedźwiedziem w polskiej armii (16. Batalion Lwowski miał jako maskotkę niedźwiedzia o imieniu Michael), ale tylko on był tak związany w żołnierzami. Tymczasem padł rozkaz, by nie zabierać ze sobą żadnych zwierząt. Polacy byli w kłopocie. Jak obejść rozporządzenie i wziąć Wojtka ze sobą? W końcu wpadli na nietypowy pomysł. Wojtek został… wcielony do polskiej armii. Stał się pełnoprawnym żołnierzem w stopniu kaprala, przysługiwał mu żołd, papierosy (to z pewnością bardziej cieszyło misia) i oczywiście miejsce na brytyjskim statku wypływającym do Aleksandrii.

Ponoć przezabawna sytuacja miała miejsce podczas meldowania się żołnierzy gotowych do odpłynięcia. Anglicy denerwowali się, że kapral Wojtek wciąż nie stawił się w jednostce. Kazali siłą doprowadzić go na miejsce. Jakież było ich zaskoczenie i przerażenie, gdy odkryli, że polski żołnierz waży pół tony, ma ogromne pazury i zęby, którymi mógłby rozszarpać człowieka w ciągu chwili! Ludność cywilna oraz żołnierze, którzy nie spotkali wcześniej Wojtka, na początku zawsze reagowali strachem, widząc stworzenie chodzące luzem pośród ludzi. Kto jednak poznał niedźwiedzia, szybko przestawał się go bać, gdy odkrywał, że wychowany wśród ludzi Wojtek pozbawiony jest jakiejkolwiek agresji, za to dużo chętniej przytula się i liże po twarzy. Był to naprawdę niezwykły miś!
Tymczasem polska kompania otrzymała zadanie, które wydawało się niewykonalne. Polacy mieli zdobyć Monte Cassino, klasztor uważany do tej pory za nie do zdobycia, położony na stromych i nieprzystępnych skałach, silnie obwarowany i broniony zaciekle przez Niemców. Wielu ludzi miało zapłacić za tę straszliwą misję życiem, a i tak szanse na jej powodzenie nie wydawały się zbyt duże. Jednak Polacy, niejako pozbawieni perspektyw i rozżaleni sytuacją swoją, swojej ojczyzny i narodu, podjęli się zadania. Dotarli do Włoch, a razem z nimi niedźwiedź Wojtek.

Wspomina się często, że pod Monte Cassino Wojtek okazał się niezwykle przydatny. Nosił bardzo ciężkie skrzynie z amunicją i ponoć robił to tak uważnie, że nigdy żadnej nie upuścił. Wtedy też grafika przedstawiająca niedźwiedzia niosącego pocisk stała się symbolem 22. Kompanii.
Po wyzwoleniu Włoch kompania Wojtka przetransportowana została do Glasgow, gdzie miś szybko znalazł sobie nowych wielbicieli. Okoliczni mieszkańcy zachwycali się tym wyjątkowym niedźwiedziem, został on nawet przyjęty w poczet członków miejscowego Towarzystwa Polsko-Szkockiego (co bardzo go cieszyło, gdyż przyjęcie do stowarzyszenia mógł oblewać swoim ulubionym piwem)!

Koniec historii Wojtka jest niestety bardzo smutny. Choć wojna dobiegła wreszcie końca, efekt walk Polaków nie był taki, na jaki liczyli. Większość towarzyszy niedźwiedzia nie zdecydowała się na powrót do komunistycznej teraz ojczyzny. Żołnierze rozjechali się po świecie, często z silnym poczuciem rozczarowania. Nikt nie miał pomysłu, co zrobić z wiernym towarzyszem Wojtkiem. Ostatecznie zdecydowano się oddać go do zoo. Dowódca kompanii major Antonii Chełkowski nie zgodził się jednak przekazać misia do Warszawy, uznając, że będzie on jedynie wykorzystywany do komunistycznej propagandy.
W związku z tym Wojtek trafił do ogrodu zoologicznego w Edynburgu, w którym przebywał przez 16 lat, aż do swojej śmierci w 1963 r. Smutny był to koniec dla dzielnego Wojtka. Nawykły do kontaktu z człowiekiem, wiecznych zabaw i prawie że wolności, cierpiał na depresję, żyjąc zamknięty na 10 metrach kwadratowych. Dyrekcja zoo próbowała zapewnić mu kontakt z innymi niedźwiedziami, jednak tym Wojtek nigdy nie był zainteresowany. Co bardzo znamienne, Wojtek ożywiał się ponoć tylko wtedy, gdy słyszał język polski. Przypominało mu to o lepszych czasach, spędzonych w towarzystwie Polaków. Czyż nie był prawdziwym patriotą?
Historia Wojtka nie została jednak zapomniana. Wierny i lojalny towarzysz polskich żołnierzy stał się, jak było już wspomniane, bohaterem licznych książek (wśród których są i takie, które po dziś dzień pachną wiśniami…), wystaw, a nawet filmów (i tu zachęcam Was bardzo gorąco, abyście poświęcili godzinkę z życia i obejrzeli produkcję TVP poświęconą temu niezwykłemu niedźwiedziowi!

Jeśli interesuje Was historia Wojtka, zachęcam do dalszego poszukiwania informacji. Na Facebooku znajdziecie nawet jego fanpage (https://www.facebook.com/Klub-przyjaciół-niedźwiedzia-Wojtka-Il-club-degli-amici-dellorso-Wojtek-178393378844765/?fref=ts)! Ma też własną stronę internetową: http://www.thesoldierbear.com/wojtek.html.

2 komentarzy dla “Niedźwiedź Wojtek – niezwykły żołnierz spod Monte Cassino”