Tegoroczna jesień zaskoczyła nas niezwykle ciekawą ofertą nowości wydawniczych. Dzięki Wydawnictwu Literackiemu 27 września ukazało się polskie wydanie Moich głupich pomysłów (I miei stupidi intenti). To debiutancka powieść Bernarda Zannoniego, która została okrzyknięta literackim olśnieniem Włoch, a w ubiegłym roku zdobyła jedną z najbardziej prestiżowych włoskich nagród literackich – Premio Campiello. Wreszcie doczekała się tłumaczenia na język polski – i to nie byle jakiego, bo odpowiada za nie Katarzyna Skórska.
Główny bohater, a zarazem narrator debiutanckiej powieści Zannoniego jest… kuną. Archy, tak ma bowiem na imię puchate zwierzątko, przychodzi na świat w norze w niezbyt szczęśliwych okolicznościach – panuje zima, ojciec został jeszcze przed porodem schwytany i zabity przez człowieka, a zrozpaczona matka musi się teraz mierzyć z widmem głodu wynikającego z małych zapasów i całej gromadki kunich dzieci do wyżywienia. Już od pierwszych chwil Archy uczy się, że życie potrafi być niezwykle okrutne i niesprawiedliwe, a najsłabsze jednostki w świecie zwierząt… cóż, czasem po prostu kończą źle.
W wyniku splotu wydarzeń dorastający Archy opuszcza rodzinę i trafia do parającego się lichwą starego lisa Solomona. Ten nie przypomina kunie żadnego zwierzęcia, z jakim spotkał się do tej pory. Okazuje się, że Solomon potrafi czytać i pisać, a jego największym skarbem jest Biblia. Po przeczytaniu Pisma Świętego lis postanowił odmienić swoje życie i poniekąd skupić się na trudnej relacji z Bogiem. Teraz chce, by Archy został jego uczniem i także poznawał Słowo Boże.
Znajomość religii staje się dla zwierząt błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Wyrywa ich ona ze zwierzęcego bytu, stawiając przed nimi wiele pytań natury egzystencjalnej, ale i przerażających przemyśleń dotyczących przemijania, zupełnie nietypowych dla innych mieszkańców lasu. Naturalny instynkt zderza się tu z głębokimi myślami typowymi dla świata ludzi. Bohaterowie tracą już pewność czy nadal są zwierzętami, czy też mają więcej wspólnego z człowiekiem.
Od rozkoszy do rozpaczy
Nie liczcie jednak na to, że Moje głupie pomysły to lekka i przyjemna bajka opowiadająca o leśnych zwierzątkach na kształt Kubusia Puchatka. Bardziej przypomina orwellowski Folwark zwierzęcy.
Na myśl przywodzi także inną niezwykle popularną włoską książkę – Pinokia Collodiego . Po dziś dzień badacze doszukują się ukrytych znaczeń zarówno w postaciach, jak i scenach przygód drewnianego pajacyka, który chciał zostać prawdziwym chłopcem. Wielu uważa, że ta uniwersalna historia zawiera w sobie odwieczne prawdy na temat człowieka, ale też jego relacji z Bogiem (znacie teorię o tym, że Gepetto jest prawdziwym Stwórcą, a Niebieska Wróżka – Matką Boską lub Kościołem?). Pozornie lekka (choć miejscami bardzo dramatyczna!) opowieść dla dzieci ukazuje wiele ukrytych prawd, możliwych do odkodowania raczej przez dorosłego czytelnika. Podobną sytuację mamy w przypadku Moich głupich pomysłów – historia drobnej kuny zagubionej między światem ludzkim a zwierzęcym jest alegorią naszego życia.

Świat stworzony przez Zannoniego jest słodko-gorzki, ale miejscami także bardzo okrutny. Można tam zaznać najwyższych przyjemności, ale i potwornego bólu i cierpienia. Bohaterami rządzą często najniższe instynkty, prawa natury, w tym przede wszystkim – prawo silniejszego. Życie i śmierć przeplatają się tu w odwiecznym cyklu, któremu podporządkowana jest każda żywa istota. W głowie Archiego często pojawia się jednak pytanie: za co odpowiada zwierzęcy instynkt, a za co sam Bóg. W jednym z przejmujących momentów akcji stwierdza: Przeraża mnie, że może byłem okrutniejszy od Boga.
Strach i śmierć
Przyznaję, że momentami Moje głupie pomysły bywają dla mnie aż za mroczne. Chociaż bohaterowie są myślący i poszukują w życiu szczęścia, często brakuje im zdolności empatii, kierują się najniższymi instynktami, odrzucają każdą formę słabości. Z jednej strony leśne zwierzęta, a szczególnie Archy, zachowują się niewiarygodnie po ludzku, jakby stanowiły nasze lustrzane odbicie, z drugiej – zdają się poniekąd oderwane od sztandarowych wartości współczesnego człowieka: solidarności, akceptacji dla odmienności, współczucia, poszanowania dla tych, którzy mają mniej siły. Przypominają mi nieco wyobrażenie o człowieku średniowiecznym – niby tak bliskim, a jednak zupełnie odmiennym, obcym, przerażającym, zdolnym do strasznych czynów, niejako pogodzonym z tym, że świat po prostu musi być okrutny (w tym miejscu przepraszam wszystkich mediewistów, którzy mogli się poczuć urażeni).
Jeden z motywów przewodnich powieści to strach, który przybiera różne oblicza – to strach przed silniejszym, przed głodem i mrozem, ale w przypadku Archiego i Solomona to także nieznany innym zwierzętom lęk przed nieuchronnością przemijania. Zgodnie z powieścią – zwierzęta kierują się instynktem, aby przeżyć, jednak śmierć jest czymś, o czym w ogóle nie myślą, czego są nieświadome. Choć obserwują ją na co dzień, wydają się nie zdawać sobie sprawy z tego, że pewnego dnia będzie ona dotyczyła także ich. Człowieka wyróżnia nieodstępująca go myśl o tym, że nie uniknie śmierci, która zbliża się do niego z każdą chwilą. Po przeczytaniu Biblii Archy poznaje nie tylko nowy rodzaj dławiącego strachu, ale też nowe oblicze samotności – nie może podzielić się swoimi obawami z innymi zwierzętami, bo albo zupełnie go nie zrozumieją, albo i one uświadomią sobie nieuchronność śmierci i ich życie odmieni się na zawsze.
Historia bez miejsca i czasu
O uniwersalności opowieści, świadczy chociażby to, że nie możemy osadzić historii w miejscu i czasie. O ile z miejscem jest nieco łatwiej – część imion bohaterów brzmi typowo włosko, w opowieści pojawia się też jeżozwierz, który w Europie występuje jedynie w Italii, więc z pewną dozą prawdopodobieństwa zdolni jesteśmy określić, że akcja może toczyć się gdzieś we Włoszech (o ile faktycznie jest to Europa), o tyle ustalenie epoki wydaje się trudne. W powieści nie pojawia się żadna współczesna technologia. Pewną podpowiedź stanowią zegarek oraz broń palna, którą człowiek wykorzystuje do walki ze szkodnikami, jednak nadal zawęża to nam możliwości do kilku wieków. Życie Archiego mogło się toczyć zarówno teraz, jak i 400 lat temu.
Powiew świeżości w literaturze
Moje głupie pomysły Zannoniego są bardzo ciekawym debiutem literackim – cieszę się, że ukazały się na polskim rynku wydawniczym. To książka wyjątkowa, dynamiczna, bardzo wciągająca i z jednej strony łatwa w lekturze (po prostu szybko się ją czyta), z drugiej – zmuszająca do przemyśleń, uwierająca człowieka. Czuję, że pozostanie mi w głowie na długo i jeszcze wielokrotnie będę do niej wracać w myślach w różnych okolicznościach.
Pozwolę sobie nawet stwierdzić, że tę lekturę można potraktować jako nieoczywisty wstęp do filozofii, podobnie jak Małego Księcia Saint-Exupery’ego czy Alicję w Krainie Czarów Carollsa. Do sięgania po takie alegoryczne opowieści w celu lepszego zrozumienia tej dziedziny nauki namawiał niegdyś studentów (a wśród nich moją babcię) profesor Leszek Kołakowski. Twierdził bowiem, że uczą one szukania drugiego dna w historii, ukrytych znaczeń i uniwersalnych prawd.

Ponadto odnoszę wrażenie, że czuć w niej młodość autora (Zannoni przyszedł na świat w 1995 r., więc nie skończył jeszcze nawet 30 lat) – nie dlatego, że jest niedojrzała, ale dlatego, że wyczuwa się tu pewną nutę buntu wobec świata, ale i swoistego nienasycenia życiem typowego właśnie dla młodych ludzi. To w połączeniu ze świeżym pomysłem na książkę oraz prostym, ale bardzo estetycznym językiem daje nam niezwykle ciekawą całość.
Piękne polskie wydanie
Dużym walorem powieści jest też tłumaczenie Katarzyny Skórskiej, której translatorskie umiejętności polscy czytelnicy mogli już poznać przy okazji lektury przekładów twórczości tak znanych włoskich autorów jak Italo Calvino, Tiziano Terzani, Domenico Starnone, Pier Paolo Pasolini, Dino Buzzati czy Gianfranco Caligarich (naszą recenzję jego powieści Ostatnie lato w mieście w tłumaczeniu Katarzyny Skórskiej możecie znaleźć TUTAJ). Efekt końcowy brzmi bardzo naturalnie, a opowieść snuje się lekko niczym prawdziwa bajka.
Moją uwagę przykuła też przepiękna okładka Moich głupich pomysłów. Jest ona po części kopią włoskiego oryginału, ale myślę, że to bardzo trafny wybór. W polskiej wersji tytuł wpisano w jasne pole imitujące, zdaje się, księżyc, co prezentuje się bardzo ładnie i od razu przyciąga wzrok.
Jeśli mogę coś zarzucić powieści, to jest to wątek związany z rysiami – brakuje mu wprowadzenia, pojawia się niemal znikąd i w krótkim czasie wywołuje ogromne zmiany w akcji powieści, wydaje się oderwany od całości. Żeby się jednak o tym przekonać, musicie dobrnąć niemal do końca. Niemal, bo samo zakończenie, w przeciwieństwie do rysiego wątku, zupełnie mnie nie zawiodło.
Moje głupie pomysły to książka, którą się smakuje powoli, przetrawia krok po kroku, wracając do niej myślami i poszukując ukrytych znaczeń, próbując odkodować prawdziwy sens, prawdziwą głębię niepozornych scen i myśli narratora. Im dłużej od lektury – tym bardziej się ona podoba, tym wyrazistsza się staje. Niejednokrotnie zastanawiam się, czy to właśnie nie jest główny wyznacznik naprawdę wartościowej literatury.