Czas kwarantanny był dla mnie, jak i dla wszystkich, trudny. Apatia, niepokój i ogólna niechęć do życia towarzyszyły mi na każdym kroku i niestety przeniosły się poniekąd na mój stosunek do Bel Paese. Ciężko zachwycać się włoską kulturą, sztuką, tradycjami czy widokami, kiedy dominującą jest jednak myśl o tragedii, z jaką musieli się zmierzyć mieszkańcy tego kraju, o tym, co siedziało w głowach moich bliskich zamkniętych w domu na Północy Włoch, do jak wielkiego kryzysu tam doszło. Jakaś wewnętrzna blokada powstrzymywała mnie przed sięganiem po włoskie książki (których sporo zebrało się na mojej półce i na które wreszcie miałam czas).
Podobny los spotkał Moją kuchnię pachnącą bazylią – znaną i lubianą pozycję jeszcze bardziej znanej i lubianej (w moim wypadku także personalnie) Tessy Capponi-Borawskiej, która to książka pod koniec ubiegłego roku pojawiła się na rynku w nowym wydaniu, ponownie dzięki Wydawnictwu Czarne. W moje ręce trafiła ona dosłownie na kilka dni przed nastaniem kwarantanny i cierpliwie musiała czekać w biblioteczce na lepsze czasy.
Powoli jednak nasza rzeczywistość zaczęła wracać do normy. Doniesienia z Włoch są coraz bardziej optymistyczne i coraz wyraźniej widać, że mój ukochany kraj, choć dotknięty straszliwą tragedią, nie przestanie być tą Italią, w której się zakochałam – piękną, naznaczoną historią, ale też silną, zjednoczoną wokół swojej kultury i dumną. Choć statystyki dalej zatrważają, coraz śmielej myślę już o tym, że kiedyś wróci normalność, że jeszcze będę mogła jeździć do Włoch i cieszyć się ich niepowtarzalnym urokiem. Wraz z optymizmem wrócił też głód włoskiej kultury. A na głód, nie oszukujmy się, nic nie pomaga tak jak Tessa Capponi-Borawska…
Z odległego Zachodu
Moja kuchnia pachnąca bazylią ukazała się po raz pierwszy w 1994 r., w rzeczywistości zdecydowanie odmiennej od tej, którą znamy dzisiaj. Włoskie restauracje nie były tak popularne (pamiętam, jak jako mała dziewczynka jeździłam z rodzicami do pierwszej, jak mi się wydaje, warszawskiej pizzerii, która została otwarta w 1991 r. i stanowiła prawdziwy unikat w stolicy!), brakowało książek kucharskich, które mogłyby pomóc w zapoznawaniu polskich podniebień ze śródziemnomorskimi smakami, a nawet gdyby ktoś był bardzo zdeterminowany, by odtwarzać u nas włoskie dania, miałby spory problem ze znalezieniem właściwych składników, często zupełnie niedostępnych na dopiero otwierającym się na nowości polskim rynku.
Ktoś taki jak Tessa Capponi-Borawska, rodowita Włoszka mieszkająca wówczas od dekady w Polsce, znająca włoską kuchnię od podszewki, nie tylko dzięki temu, że rozkoszowała się nią w domu, ale przede wszystkim dlatego, że pasjonowała się kulinariami niemal od zawsze, był prawdziwym fenomenem. Nie dziwi więc wcale, że chciały z nią współpracować czołowe magazyny kobiece czy telewizja, bo Capponi-Borawska była ekspertem, o jakiego w Polsce było trudno.

Polacy, złaknieni nowych kultur, nowych smaków i nowych zwyczajów z dalekiego Zachodu, tak ciepło przyjęli Moją kuchnię…, że – jak twierdzi sama autorka – przerosło to nawet jej oczekiwania. Kiedy książka po raz pierwszy wyszła na polskim rynku, zrobiła furorę. Mówiła o tym, do czego w inny sposób nie było wówczas dostępu.
Kulinarny testament autorki
Trzeba jednak przyznać, że od lat 90. minęło naprawdę sporo czasu, a sytuacja zdecydowanie się zmieniła. Dziś nie brakuje blogów i książek kulinarnych z najbardziej nawet oryginalnymi przepisami, a sklepowe półki uginają się od egzotycznych produktów dostępnych od ręki, często w całkiem przystępnych cenach. Miasta pełne są restauracji serwujących dania ze wszystkich zakątków świata. Czy zatem nowe wydanie Mojej kuchni… może jeszcze wnieść coś nowego i podbić serca współczesnych czytelników tak jak kiedyś?
Moim zdaniem: jak najbardziej. Według samej Capponi-Borawskiej nowe wydanie ma formę jej kulinarnego testamentu, domknięcia bardzo istotnego rozdziału w jej życiu. Od tej pory autorka nie zamierza już więcej gotować publicznie ani dla dużych grup, nie chce już zawodowo zajmować się jedzeniem jako takim, ale powoli udać się na w pełni zasłużoną emeryturę.
Sceny, których już nie zobaczymy
Jeśli czytaliście książki Capponi-Borawskiej (lub naszą recenzję jej ostatniej publikacji ;-)), to wiecie, że nie są to zwykłe zbiory przepisów z odległego półwyspu. To piękne opisy wszystkiego, co się z jedzeniem wiąże, kultury kulinarnej, ale nie tylko – tym razem to także opowieści o ludziach, którzy pozostają już jedynie w pamięci tych, którzy ich kiedyś znali, o pejzażach, których nie mamy już szansy podziwiać, o tradycjach coraz rzadziej praktykowanych, o tym wszystkim, co zachwyca nas swoją autentycznością, naturalnością i włoskością.
Tessa Capponi-Borawska opowiada nam historię swojego życia, okraszając ją zaledwie przepisami na dania, które poznawała na różnych jego etapach. Tak oto poznajemy z nią losy całej rodziny, czytamy o miejscach, w których się wychowała, spędzała dzieciństwo i młodość (a zazwyczaj są to historyczne i przepiękne budynki ozdobione cennymi dziełami sztuki), zwyczajach i kulturze tamtych czasów, tradycjach związanych choćby z regularnym wypiekiem chleba, pracami na gospodarstwie, podziałem obowiązków, karnawałowymi przyjęciami czy nawet polowaniami.

Inaczej niż w przypadku Smaku kwiatów pomarańczy – rozmów o kuchni i kulturze, Moja kuchnia pachnąca bazylią to nie tylko teoretyczne rozważania o zależności między kulturą, sztuką i szeroko rozumianym jedzeniem, ale bardzo osobista książka o tym, jak rodziła się w autorce miłość do gotowania (ale i delektowania się smakami), do historii jako takiej, do piękna związanego ze sztuką. I to chyba stanowi największą, a zarazem bardzo unikatową wartość tej książki, dzięki czemu po ćwierćwieczu jest ona nadal tak samo interesująca i mimo coraz liczniejszej konkurencji na rynku, dalej ma niezachwianą pozycję italianistycznego bestsellera. Moja kuchnia… jest bowiem autentyczna dzięki swojej autorce – doprawdy ciężko znaleźć w Polsce kogoś o podobnych doświadczeniach, z podobnym zapleczem społeczno-kulturowym, kto umiałby obcokrajowcowi tak pięknie przedstawić arystokratyczny włoski świat. Z Mojej kuchni… płynie też bowiem ogromna erudycja.
Jak gotować makaron i wybierać warzywa
Przepisy jako takie stanowią jedynie dodatek do tej pięknej historii, ale i one zasługują na uwagę, bo każdy opatrzony jest komentarzem i szczegółowymi informacjami o tym, jak z dostępnych składników wyciągnąć ich prawdziwie włoski smak.
Chyba każdy, kto kocha włoską kuchnię, zastanawiał się czasem, jak to się dzieje, że najprostsze na świecie dania, potrafią być tak pyszne i aromatyczne na Półwyspie, a w domowym zaciszu tracą jakby odrobinę swojego uroku. Oczywiście jest to często kwestia składników, ale wiele zależy od detali w przygotowaniu – idealnie ugotowanego makaronu, rwanej, a nie ciętej bazylii, czy odpowiednio dobranego gatunku pomidorów. Autorka Mojej kuchni… nie szczędzi nam takich właśnie porad, choć niektórzy będą pewnie zdziwieni, czytając, że zamiast caprese na bazie mozzarelli w Polsce do pomidorów używa ona białego sera, a do carbonary dodaje… śmietanę! Szach-mat, internetowi krytycy, oto bogini kuchni włoskiej modyfikuje słynny przepis i jest z niego bardzo zadowolona. Można? Można!

Gotowanie dla każdego
Wśród polecanych w książce przepisów każdy znajdzie coś dla siebie – kilka sposobów na podanie królika czy dzika zaspokoi smakoszy tradycyjnej kuchni, proste i szybkie makarony wzbogacą przepiśnik niedoświadczonych kucharzy, pyszne desery zadowolą tych, którzy posiłku nie wyobrażają sobie bez słodkości na koniec. Nie brakuje też klasycznych dań obiadowych, zup, świątecznych przysmaków (i to nie tylko z Włoch, bo tradycyjnie na Boże Narodzenie na wigilijnym stole Capponich musi się pojawić choćby angielski pudding), a nawet dań wegetariańskich i wegańskich. Co więcej niektóre z przepisów mają kilka wcieleń – w różnych wydaniach, z którymi autorka zetknęła się w życiu. Króluje przede wszystkim kuchnia toskańska, ale Capponi-Borawska nie ogranicza się tylko do niej.
Mój egzemplarz książki jest już cały w samoprzylepnych karteczkach, którymi pozaznaczałam sobie przepisy do wypróbowania. A, uwierzcie mi, jeśli takie kuchenne beztalencie, na dodatek strasznie wybredne i dość restrykcyjnie podchodzące do diety, jest w stanie wybrać sobie włoskie dania do przyrządzenia, to znaczy, że naprawdę KAŻDY może się z Mojej kuchni… czegoś nauczyć.
Przenieść się myślami do Florencji
Jednak to nie przepisy, ani nawet bardzo interesująca historia życia podobały mi się w tej książce najbardziej. Do mnie najbardziej przemówiły opisy miejsc – literackie, szczegółowe, ale i pełne jakiegoś poetyckiego sentymentu. Spójrzcie choćby na ten piękny fragment:
“Jak opisać komuś, kto nigdy tam nie był, piękno Florencji w maju i czerwcu? Przede wszystkim florenckie wieczory rozjaśnione złocistym światłem, które spływa po kościelnych i pałacowych fasadach – wieczory wypełnione krzykiem jaskółek krążących po niebie, pikujących w straceńczym locie w dół, ku rzece. Ich czarne kształty, coraz słabiej widoczne na tle nieba, w miarę jak powoli gaśnie światło dnia. Jak przywołać ten nieopisany zapach glicynii, magnolii i kwitnących lip, zawieszony w wieczornym powietrzu? Kiedy zamykam oczy, nawet teraz, gdy jestem tak daleko, widzę to wszystko i czuję wyraźnie ten aromat. Widzę podcienie Uffizich i lożę Lanzich wypełnione azaliami, we wszystkich kolorach tęczy podczas dorocznej wystawy kwiatów, która nadal ma miejsce na przełomie kwietnia i maja. Albo majową wystawę irysów w ogrodach pod pałacem Michała Anioła: irysy błękitne, fioletowe, w wielu odcieniach purpury, o płatkach mięsistych i soczystych.” (cytat pochodzi ze str. 62.)
Czy Wy też czujecie się teraz, jakbyście właśnie wrócili z krótkiej podróży po Florencji? Ja mam ochotę rozsiąść się wygodnie w fotelu, najlepiej z jakimiś włoskimi przysmakami pod ręką, i zatopić się w książce Capponi-Borawskiej.
Estetyczna w każdym calu
Konsekwentnie, tak jak w przypadku Smaku…, okładka znowu została przygotowana przez Mroux, która umiejętnie wplotła w swoją grafikę wiele elementów, o których pisze autorka. Mamy więc i dom w stylu toskańskim na wzgórzu porośniętym cyprysami, i piękne owoce (a także bardzo realistycznie wyglądające karczochy!) żywcem wyjęte z malowanej martwej natury, i starą księgę, a nawet naczynie na owoce, które przywodzi na myśl arystokrację. Wszystko to na marmurkowym tle dopasowanym do poprzedniej książki. Mnie bardzo się podoba ta koncepcja, książka wydaje mi się dopracowana pod każdym względem.
Moją kuchnię… lubię za jeszcze jedną rzecz – zdjęcia, na których możemy podziwiać wszystkich bohaterów – od kilku pokoleń wstecz, po dorosłe już dzieci autorki i ich rodziny. Jest coś naprawdę uroczego w tym, że wesołe czy ciekawe historie możemy połączyć z prawdziwymi twarzami, co nadaje im zupełnie inny charakter, stają się bardziej intymne i bardziej realistyczne. Jestem wdzięczna autorce, że postanowiła uchylić rąbka tajemnicy i podzielić się z nami fotosami z rodzinnego archiwum, nadając swojej książce nowy rys.

Uwaga! Ta lektura wciąga!
W zasadzie to bardzo chciałabym napisać też o wadach Mojej kuchni…, żebyście nie myśleli, że jestem do Tessy Capponi-Borawskiej nastawiona zupełnie bezkrytycznie (no dobra, trochę jestem, przemiłe wspomnienia z sesji egzaminacyjnych jednak robią swoje), ale uczciwie się przyznaję, że się tych wad nie doszukałam. To po prostu bardzo dobra książka – świetnie napisana, interesująca nie tylko dla osób, które pasjonują się kuchnią włoską, ładnie wydana i rzucająca zupełnie inne światło na życie toskańskiej arystokracji. Polecam ją tym, których ciekawi historia, socjologia, sztuka czy włoska kultura, ale i tym, którzy rozkoszują się po prostu dobrym stylem, bo tego Tessie Capponi-Borawskiej odmówić nie można.
Dajcie znać, czy czytaliście już Moją kuchnię, a jeśli tak – to od jakich przepisów zamierzacie zacząć, bo ja wciąż nie zdecydowałam między pasta pugliese a risotto ze szparagami, oczywiście, zgodnie z zaleceniami autorki, tylko z lokalnych produktów, prosto z targu.