W tym roku stawiam na francusko-włoskie wakacje. Po pierwsze – języki i kultury są sobie dość bliskie (czy wiecie, że filologie włoska i francuska stanowiły niegdyś jedną katedrę na uniwersytetach? Po dziś dzień francuski to język obowiązkowy na italianistyce i często na odwrót), po drugie – oba kraje są bardzo atrakcyjne pod względem turystycznym i oferują nie tylko przepiękne krajobrazy czy bogactwo kulturalne, lecz także słyną ze swoich kuchni (kto z nas nie lubi wyjeżdżać tam, gdzie skosztuje najpyszniejszych przysmaków?). Nie od dziś wiadomo, że Włochy i Francja od wieków są swoimi kulinarnymi rywalami! A „przeciwnika” trzeba przecież dobrze znać! Nic więc dziwnego, że bardzo mnie ucieszyła nowa książka Wydawnictwa Próby – Między Posiłkami. Apetyt na Paryż. Publikacja stanowi zbiór esejów A. J. Lieblinga z jego pobytów we Francji w latach 20-tych i 30-tych.
Między posiłkami. Apetyt na Paryż to pierwsze polskie wydanie dzieł Lieblinga, przez wielu wyczekiwane, bo to nie byle jakie nazwisko (i nie nawiązuję wcale do tego, że po niemiecku oznacza „kochanie”; uroczo, prawda?). Autor od lat 30-tych XX w. do końca swego życia był związany z The New Yorkerem i jest uważany za jednego z twórców charakterystycznego stylu przypisywanego magazynowi.

Urodzony na Manhattanie w 1904 r. Liebling pochodził z bogatej rodziny, dzięki czemu już od najmłodszych lat wakacje spędzał w Europie, skąd pochodził jego ojciec. Mimo germańskich korzeni (i austriackich oraz niemieckich nianiek) przyszły dziennikarz upodobał sobie przede wszystkim Francję. Upodobał to chyba nawet mało powiedziane – la France pokochał miłością absolutną i zdaje się, że ważną rolę odegrało tu powiedzenie „przez żołądek do serca”, bowiem Liebling był prawdziwym smakoszem.
Studenckie życie w Paryżu
Nie dziwi, że kiedy w okresie studiów młody frankofil otrzymał możliwość rocznego wyjazdu do swego ukochanego kraju, zaNie dziwi zatem, że kiedy w okresie studiów młody frankofil otrzymał możliwość rocznego wyjazdu do swego ukochanego kraju, zaraz z niej skorzystał (jest to zresztą źródłem dość zabawnej anegdoty: aby otrzymać od majętnego ojca pieniądze na wyjazd, Liebling wmówił mu, że wdał się w bardzo niestosowny romans ze starszą od siebie utrzymanką; dzięki temu rodzice natychmiast przystali na jego warunki i dołożyli wszelkich starań, by syn jak najszybciej opuścił Stany Zjednoczone i spędził rok w Europie).

Czas ten miał mu służyć do studiowania średniowiecznych ksiąg, jednak z opisu wynika raczej, że Liebling zajmował się przede wszystkim zawieraniem nowych znajomości, zabawami oraz bywaniem w przeróżnych francuskich restauracjach – od tych najbardziej eleganckich (w dniu, w którym przychodziła comiesięczna wypłata od ojca) do tych tańszych, skierowanych do klasy robotniczej (w pozostałe dni miesiąca).
Korespondent wojenny
Roczna eksploracja kuchni francuskiej w jej przeróżnych wydaniach (ale też w formie różnorakich trunków) tylko wzmocniła uczucie Lieblinga do Francji. Chętnie więc skorzystał z możliwości ponownego wyjazdu do kraju w latach 30-tych, choć były to już zupełnie inne okoliczności – od 1935 r. współpracujący z The New Yorkerem dziennikarz został bowiem wysłany do Paryża jako korespondent wojenny. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, jak na francuską rzeczywistość wpłynęły pierwsze lata wojny (nie oszukujmy się – dalece mniej niż na Polskę, jednak wciąż jest to interesujące).
Żarty z posmakiem szampana
Wydane w 1962 r. eseje Lieblinga podsumowujące oba te wyjazdy są napisane z dużą swadą. Bije z nich silna erudycja autora, ale i jego upodobanie do subtelnych żartów i szeroko rozumianej radości z życia. Bardzo bogaty styl i liczne anegdoty dotyczące ówczesnych mieszkańców Europy (tych słynnych, jak choćby monsieur Clicquot, producent cenionego po dziś dzień szampana, ale i tych zupełnie nieznanych, jak ulubiona prostytutka Lieblinga) sprawiają, że podczas lektury można się poczuć jak na herbatce u starszego wujka, który zawsze snuje opowieści o dawnych czasach i przytacza barwne historie z przeszłości.
Tęsknota do przeszłości – znanej i nieznanej
Książka jest taką sentymentalną podróżą w czasie, bo chociaż nie przyszło nam żyć w tych czasach, felietony autora sprawiają, że sami zaczynamy tęsknić zaEuropą lat 20-tych i 30-tych, a nawet tą wcześniejszą, której sam Liebling już nie zaznał, a która jemu samemu jawi się jako złoty okres kuchni francuskiej.
Ten sentyment wzmacnia samo wydanie – naprawdę piękne. Książka ma płócienną okładkę (och, jak vintage!), jest szyta i w dotyku zupełnie nie przypomina większości pozycji z księgarni (jak wszystkie książki wydawnictwa Próby z tej serii). To w połączeniu ze stylem książki i opisywanymi historiami sprawia, że przychodzą mi do głowy pierwsze zdania mojej ukochanej powieści Madame Antoniego Libery: Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno. Ciekawe czasy, niezwykłe wydarzenia, fenomenalne jednostki – wszystko to, w moim odczuciu, należało do przeszłości i raz na zawsze się skończyło.

Felietony nasycone radością życia
Warto jednak podkreślić, że choć książka koncentruje się na podróżach Lieblinga do Francji, zawiera też sporo wątków dotyczących całej Europy. Za Włochami autor chyba niespecjalnie przepada (nie cenił włoskiej kuchni, choć wydaje się to wręcz niemożliwe!), za to bardzo chwali będących na emigracji Polaków, doskonale posługujących się francuskim.
Muszę jednak przestrzec miłośników bardzo „treściwych” felietonów – u Lieblinga nie znajdziecie wiele konkretów. Jego teksty nie są koniecznie pisane o czymś, czasem nie mają wcale tematu przewodniego. To piękna gawęda, której największymi zaletami są język, styl i klimat, jaki tworzy. Opowieść płynie lekko, jakby sama, od jednego wspomnienia do drugiego, od jednej zabawnej anegdoty do drugiej, a na końcu rzadko czeka na nas morał. Mamy czerpać czystą przyjemność z lektury, niekoniecznie wynieść z niej życiowe mądrości.
Tłumaczenie Anny Arno
Przy ocenie książki Między posiłkami…, nie można pominąć jeszcze jednego, niezwykle ważnego aspektu – tłumaczenia Anny Arno. To naprawdę świetnie wykonana praca! Język autora jest bardzo bogaty, czasem nieco archaiczny (choć raczej w sposób, który wywołuje tęsknotę do dawnych czasów, niż sprawia, że nie możemy czegoś zrozumieć), a zdania długie, niekiedy skomplikowane i pełne różnych, często obcojęzycznych wtrąceń. Czyta się to jednak bardzo płynnie, bez zmęczenia, dokładnie jak tekst opublikowany przez wybornego autora lat 60-tych. Nic nie „zgrzyta”, nie odrywa czytelnika od treści. Muszę przyznać, że podczas lektury nieraz aż unosiłam brwi z uznania dla tłumaczki – z pewnością nie była to praca łatwa i cieszę się, że to właśnie Anna Arno miała możliwość przybliżenia Polakom Lieblinga, bo wydaje mi się, że wielu przeciętnych tłumaczy poległoby na tej translatorskiej próbie.
Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po Między posiłkami. Apetyt na Paryż. Ta lektura jest dokładnie taka jak kuchnia, którą cenił sobie Liebling: wyszukana, wysmakowana, stworzona do tego, by się nią delektować i cieszyć każdym małym kąskiem. Prawdziwa literacka uczta!
