Wczoraj, 10 września 2021 r., na ekranach polskich kin zagościł kolejny ważny włoski film – Złe baśnie (Favolacce) w reżyserii braci Damiana i Fabia D’Innocenzów (którzy wystąpili tu też w roli scenarzystów). Produkcja nagrodzona została Srebrnym Niedźwiedziem za najlepszy scenariusz na tegorocznym Berlinale.
Złe baśnie to specyficzne kino, nie dla każdego. Nie bez powodu film cieszy się większym uznaniem krytyków niż zwykłych widzów. To wymagający, momentami trudny film, który jednak daje do myślenia i pozostawia widza z wieloma pytaniami.
Na uwagę zasługuje już sam wstęp. Dorosły mężczyzna znajduje przypadkowo pamiętnik dziewczynki. Zaczyna go czytać, lektura okazuje się wciągająca, jednak gwałtownie się urywa. Brakuje zakończenia. Nieznajomy postanawia więc dopisać ciąg dalszy. Tę właśnie historię przedstawia fabuła. Jako widzowie nie mamy jednak pojęcia, co jest prawdą, a co jedynie wymysłem. Nigdy nie zostaje też wprost powiedziane, która z dziewczynek jest autorką pierwszego pamiętnika.

Film toczy się jak momentami nieco senna opowieść przeplatana burzliwymi, czasami wręcz absurdalnymi scenami. Możemy oczywiście zastanawiać się, które wydarzenia są bardziej, a które mniej realne, jednak nie o to w tej opowieści chodzi. Klimat filmu dobrze podsumowuje komentarz mężczyzny na temat odnalezionego pamiętnika:
Nie chodziło nawet o to, co napisała, ale o tę atmosferę tajemniczości i chłodnej obserwacji. Jakby nie wszystko zostało zapisane wprost, a dało się zaledwie wyczuć.
Bohaterami filmu są zwykłe włoskie rodziny – małżeństwa, samotni rodzice, gromadka dzieci. Wszyscy żyją w podrzymskim sąsiedztwie i pozornie robią wszystko, by wieść całkiem przyjemne, godne życie. Wedle wielu standardów – całkiem im się to udaje.
Naczelne role odgrywa tu rodzina Placido – Bruno (grany przez doskonałego Elia Germana – ten aktor w każdym filmie wydaje mi się wręcz nie do poznania!) i jego żona Dalila (w tej roli Barbara Chichiarelli, którą możecie kojarzyć np. z recenzowanego już na italofilii Sekretu Bogini Fortuny) oraz dwójka ich grzecznych dzieci – Dennis i Alessia. Ich życie, choć pozornie szczęśliwe, przepełnione jest jednak frustracją, lękami i oczekiwaniami niemożliwymi do spełnienia. Bruno wyznaje toksyczny wzorzec męskości, jest seksistą z tendencją do przemocy. Swoim perfekcjonizmem zamęcza rodzinę, szczególnie dzieci, przy cichym pozwoleniu Dalili. Często podnosi na domowników nie tylko głos, ale i rękę.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w domu Guerrinich, gdzie Amelio samotnie wychowuje swojego syna, Geremię. Choć i w tym wypadku ojciec zdaje się mieć ogromny żal do kobiet, traktuje je przedmiotowo, jako obiekty seksualne, a od syna oczekuje wczesnej inicjacji i sprawnego radzenia sobie za kierownicą (Geremia z pewnością nie jest jeszcze w wieku, w którym można legalnie prowadzić samochód), to w tej rodzinie wyczuwa się ciepło. Amelio faktycznie kocha syna i chce dla niego jak najlepiej (wedle swoich standardów).
Losy bohaterów splatają się z historiami innych mieszkańców okolicy, choćby Vilmy, pracownicy szkolnej stołówki, będącej w zaawansowanej ciąży (co nie przeszkadza jej w paleniu papierosów), rozpaczliwie nieszczęśliwej i samotnej.

Złe baśnie to film bardzo estetyczny, na uwagę zasługują zdjęcia Paola Carnery – delikatne, nienachalne, budujące właśnie tę atmosferę magii, bajki, czasem groteski. Oddają one klimat włoskiego lata, ale w „uboższym wydaniu”, w okolicy, gdzie istnieją realne problemy społeczne, a najpiękniejszymi chwilami życia może być dziecięca zabawa w polewanie się wodą.

Ten film to dobry wybór dla tych, którzy chcą nacieszyć oczy ładnymi ujęciami i dobrą grą aktorską, ale i dla tych lubiących ambitne, wymagające kino, w którym odpowiedzi na pytania nie są nam podtykane pod nos i musimy się nieco natrudzić, żeby je znaleźć. Jeśli jednak liczycie na lekką i przyjemną rozrywkę na wieczór, lepiej odłóżcie Złe baśnie na inną okazję– zanim dotrwacie do mocnego i fenomenalnie zagranego zakończenia, możecie się już czuć przytłoczeni.